Worldcon 2014 - garść wrażeń, cz. 1

W dniach 14-18 sierpnia odbyła się w Londynie już 72. edycja Worldconu, czyli The World Science Fiction Convention - najstarszego na świecie konwentu miłośników fantastyki, a przy tym imprezy, na której ma miejsce wręczenie nagród Hugo i nagrody im. Johna W. Campbella dla najlepszego nowego pisarza SF. Jako, że przez ostatnie lata kolejne edycje Worldconów odbywały się na drugim końcu świata (USA, Kanada, Japonia) powrót konwentu do Europy był niepowtarzalną okazją na uczestnictwo w tej wielkiej, międzynarodowej imprezie, pod wieloma względami całkowicie innej od rozmaitych polskich festiwali fantastyki.

Uwaga, to nie jest relacja z konwentu - raczej zbiór rozmaitych przemyśleń i wrażeń, które urodziły się w mojej głowie po uczestnictwie w moim pierwszym, a mam nadzieję, że nie ostatnim, Worldconie. Aby uniknąć publikowania tu chaotycznego strumienia świadomości zdecydowałam się podzielić tekst na trzy części: pierwsza, druga.

Organizacja

Jeszcze przed tym, jak znalazłam się w Londynie o Worldconie myślałam, jak o rodzimym Polconie, z tym, że w znacznie większej, światowej skali. To skojarzenie okazało się pod pewnymi względami słuszne, w zdecydowanie większej mierze jednak było całkowicie mylące i nieprawdziwe. Do rzeczy zatem.

Pierwszym, co rzucało się w oczy po przybyciu na miejsce był z pewnością budynek, w którym odbywał się konwent. ExCeL London to gigantyczny kompleks, na który składa się ogromne centrum konferencyjne oraz otaczające je hotele. Aby w pełni uświadomić sobie o jak wielkim obiekcie tu mowa najlepiej spojrzeć na mapę przejeżdżającej tuż obok kolejki DLR. Centrum konferencyjne ciągnie się od stacji Custom House do stacji Prince Regent - przy czym w obu przypadkach w zasadzie prosto z peronu wchodzi się do budynku, natomiast cały kompleks, wraz z bazą noclegową, rozciąga się od stacji Royal Victoria aż do Royal Albert.


Źródło: http://www.excel-london.co.uk/.

Oczywiście, organizatorzy konwentu wynajęli tylko część tego olbrzymiego obiektu: Worldcon odbywał się w sumie w 2 halach, w których mieściły się stoiska wystawców oraz tzw. wioska fanów, ponad 20 salach konferencyjnych (17 Capital Suites i 5 London Suites); były też osobne hale na galę wręczenia nagród Hugo oraz koncerty. Warto podkreślić, że - zapewne dzięki temu, że centrum jest relatywnie nowe, zostało bowiem otwarte w listopadzie 2000 roku - wszystko jest dostosowane pod kątem dostępu dla osób niepełnosprawnych. Na miejscu można było też nieźle zjeść - zarówno w samej wiosce fanów, jak i w głównym korytarzu ExCeLa znajdowały się rozmaite fast foody. Biorąc pod uwagę, że program rozpoczynał się o 9 rano, a kończył około 22 centrum można było nie opuszczać przez cały dzień, a następnie skoczyć do pobliskiego hotelu na krótką drzemkę. Nie sądzę, aby w Polsce na dzień dzisiejszy w ogóle istniał podobny obiekt.

Druga sprawa to przygotowania: byłam w szoku, kiedy dowiedziałam się, ile lat poszczególne ekipy przygotowują się do udźwignięcia organizacji tej imprezy. W wiosce fanowskiej znajdowały się stoiska krajów i miast, starających się o organizację kolejnych Worldconów i reklamujących swoją kandydaturę. Nowa Zelandia i Paryż, walczące o Wolrdcon odpowiednio w 2020 i w 2023 roku są tu świetnym przykładem. Wśród walających się wszędzie ulotek można było dostrzec również tę dotyczącą kandydatury Minneapolis na rok 2073 - niby niewinny żart, ale dobrze oddaje istotę rzeczy. Na tej podstawie można wywnioskować, że możliwość zorganizowania Worldconu to prawdziwy zaszczyt. Co ciekawe, poszczególne ekipy opowiadając o swojej wizji Worldconu odwoływały się nie tylko do interesującego programu, czy ciekawych gości, ale też mocno stawiały na promocję miasta, a nawet całego regionu, podpowiadając, co można przy okazji zobaczyć i jak fajnie spędzić czas poza konwentem. Jako, że głosowanie na miasto, w którym odbędzie się kolejny Worldcon odbywa się zawsze dwa lata wcześniej, wypad na konwent można zaplanować z dużym wyprzedzeniem i połączyć ze zwykłymi, cywilnymi wakacjami.

Biorąc pod uwagę dwie powyższe kwestie, to zaskakujące, jak małym konwentem jest Worldcon: na tegorocznej edycji zjawiło się prawie 8 tysięcy uczestników i podobno był to największy Worldcon w całej długiej historii imprezy.

Być może pewien wpływ ma na to fakt, że Worldcon jest imprezą drogą. Trudno mi powiedzieć, w jakim stopniu uczestnictwo w konwencie opróżnia portfel typowego, amerykańskiego fana, który od typowego polskiego fana jest przede wszystkim sporo starszy, z pewnością jednak 100 (przedpłata w styczniu) lub 130 funtów (opłata na miejscu) za pełną akredytację to nie jest mała kwota. Szczególnie, jeżeli doliczy się do tego jeszcze koszty noclegów, jedzenia i miliarda fajowych gadżetów, RPG-ów oraz książek, które można kupić podczas samej imprezy.

Z drugiej strony, podczas na konwentu niemal na każdym kroku było widać, że cena akredytacji nie wzięła się z Księżyca i nie chodzi tylko o miejsce, w którym odbywała się impreza. Mowa raczej o rzeczach z kategorii “mała, a cieszy”, a przy tym może sporo kosztować. Dla przykładu, kiedy w końcu udało mi się zakończyć swoją przygodę z długaśną kolejką (tak, tak, Brytyjczykom też zdarzają się tego rodzaju wpadki) i dostać swój identyfikator oraz konwentową poligrafię zostałam bardzo mile zaskoczona ich jakością. Zresztą, sami zobaczcie: program do ściągnięcia na smartfona (działał w aplikacji Event Guide), fajne, trwałe identyfikatory, a do tego wysokiej jakości konwentowa poligrafia.
W ramach informatora - dwie wydrukowane na dobrym papierze książki. Duża, formatu A4 i mniejsza, "wersja kieszonkowa".
Plastikowy, odporny na trudy konwentowania identyfikator.
Dodatkowo, obok dwóch startowych książeczek w trakcie konwentu wypuszczane były tzw. Pidgeon Posts - dwustronicowe gazetki, informujące o zmianach w programie, konwentowej frekwencji z dnia na dzień oraz worldconowych ciekawostkach i śmiesznostkach. W sumie podczas całej imprezy ukazało się ich 14 (13 Pidgeon Posts oraz 1 WSFS). Jeżeli chcecie przyjrzeć się im dokładniej, możecie to zrobić tutaj. Zmiany w programie można było też niezwykle łatwo monitorować, dzięki wspomnianej aplikacji. Do tego wszystkiego, konwent oferował całe mnóstwo atrakcji: prelekcje, panele, pokazy, przedstawienia teatralne, koncerty, okazje do spotkań z autorami światowej sławy - na Worldconie naprawdę trudno było się nudzić, jednak więcej o programie przeczytacie w następnej części.
Gołębia makulatura.
Warto zaznaczyć, że dla tych, którzy jednak się nudzili, a przy tym mieli ochotę wspomóc w walce o lepszy konwent ekipę organizatorską istniała możliwość popracowania w ramach wolontariatu. Wolontariusz - tak samo, jak rodzimy gżdacz - był na konwencie człowiekiem od wszystkiego i od niczego jednocześnie. Tym, co szczególnie mi się spodobało był sposób radzenia sobie z organizacją pracy wolontariuszy. Przede wszystkim, wolontariusze rekrutowani byli już na konwencie, nie do "ogólnej pomocy", ale do konkretnych zadań. Przed wejściem do wioski fanów oraz na jej tyłach znajdowały się specjalne stanowiska, przy których można było zapisać się na wykonanie danej pracy w konkretnych godzinach. My na przykład w sobotę przez dwie godziny przyklejaliśmy kable do dywanów specjalną taśmą, tak, aby nikt się o nie nie potknął, a w poniedziałek pomagaliśmy zwijać konwent, nosząc krzesła, elementy sceny, nagłośnienia, etc. Można było też pomagać przy utrzymywaniu porządku w kolejkach po autografy do najbardziej rozchwytywanych pisarzy lub w kierowaniu tłumem, przybyłym by oglądać galę wręczenia Hugo. Zadanie były więc bardzo różnorodne i każdy mógł znaleźć coś dla siebie, jeżeli tylko miał ochotę się zaangażować. 
Sympatyczna ekipa taśmująca w komplecie.
Przed przystąpieniem do zadania otrzymywało się specjalne karty pracy oraz wstążki, uprawniające do wstępu do sekcji wolontariuszy, gdzie można było napić się kawy, herbaty lub soku i przegryźć jakieś ciacho. Z kolei po wykonaniu zadania ktoś z właściwej ekipy konwentowej podpisywał kartę, zaznaczając przy tym liczbę przepracowanych godzin, po czym można było wrócić do radosnego konwentowania. System o tyle fajny, że eliminował znane z polskich konwentów sytuacje, kiedy grupki helperów siedzą na widoku uczestników, nic nie robią, a gdy ktoś potrzebuje pomocy - nie potrafią jej udzielić. Inna sprawa, że nie wiem, czy coś takiego w ogóle dałoby się na polskim konwencie zastosować. System z pewnością nadaje się na duże imprezy, ale na konwencie poniżej 1000 uczestników mógłby być trudny do wprowadzenia ze względu na komplikacje ze znalezieniem osób chętnych do pracy.
Wstążka/ baretka wolontariusza, przyklejana do identyfikatora. O wstążkach będziecie mogli jeszcze poczytać.
Karta pracy wolontariusza. Nimdila, bo moja zdążyła się gdzieś zapodziać.
Za każdą należał się jeden Gopher Reward Token o wartości jedno funta. Wolutą konwentową można było płacić w barze, znajdującym się w wiosce fanów oraz na niektórych stoiskach wystawców. Nie było zatem jednego konwentowego sklepu z nagrodami, a za Gophery można było pozyskać zarówno koszulki, RPG-i, czy geekową biżuterię, jak i burgery oraz piwo. Dodatkowo, za 15 przepracowanych na rzecz konwentu godzin przysługiwała wolontariuszowi konwentowa koszula. Rzecz o tyle cenna, że w przypadku standardowych koszulek konwentowych ludzkie rozmiary (S, M, L, XL) skończyły się jeszcze w czwartek wieczorem.
Z trudem wypracowana koszulka.
Jak widać, podróż na Worldcon to ciekawe doświadczenie. Przypuszczam, że osoby, które wcześniej zajmowały się robieniem konwentów mogłyby napisać jeszcze więcej o organizacji tego wydarzenia, daleko mi jednak do tego rodzaju specjalistów. W kolejnej części: program. Jeżeli jeszcze nie macie dość i nie możecie doczekać się kolejnego wpisu zapraszam na parowego Facebooka do oglądania zdjęć.

Relację z Worldconu można przeczytać już na blogu Sejiego, Błękitny Świt: część pierwsza, część druga.

Game Chef 2014: garść wrażeń

W tym roku, dzięki inicjatywie Sethariela, odbyła się pierwsza polska edycja konkursu Game Chef, który w wersji anglojęzycznej funkcjonuje od wielu lat i jest znaną wylęgarnią oryginalnych, interesujących i innowacyjnych gier. Z myślą o konkursie powstały pierwsze wersje “Polaris” Bena Lehmana, czy “A Penny For My Thoughts” Paula Tevisa. Po tym krótkim wstępie powinnam napisać, że (oczywiście!) nie mogłam przepuścić takiej okazji i kiedy tylko dowiedziałam się, że konkurs ruszy zdecydowałam się w nim wystartować.

Bzdura.

Mimo że od ostatniego Nibykonkursu minęło sporo czasu, po tamtej porażce byłam przekonana, że nie jestem w stanie stworzyć gry, która mogłaby spodobać się szerszemu gronu odbiorców (“Koszmar bibliotekarza” okazał się zbyt hermetyczny, aby kiedykolwiek udało mi się go wypróbować). To, w połączeniu z brakiem czasu na hobbystyczne przyjemności wydawało się przekreślać sprawę. Dlatego, kiedy Petra poinformowała mnie o tym, że wkrótce rusza Chame Chef Pl, grzecznie odmówiłam udziału, obiecując jednak udostępnienie informacji na Parowym Facebooku. Nie wiem, czy ktoś z obserwujących Machinę parową przy użyciu niebieskiego potworka dowiedział się o konkursie i zdecydował się wziąć w nim udział. Wiem jedno - gdyby nie ta prośba, pewnie nawet nie rzuciłabym okiem na ingrediencje. Ale że staram się zawsze robić to, do czego się zobowiążę, stało się - przeczytałam temat tegorocznej edycji. I było pozamiatane.

“Książka nie istnieje”. Książka. Co z tego, że nie istnieje. Ważne, że książka. Jakże mogłabym przepuścić taką okazję na stworzenie kolejnej absurdalnie hermetycznej gry dla bibliofilów? Odpowiedź już znacie: nie mogłam.

Zaczęło się tak samo, jak w przypadku pierwszej gry, którą napisałam - od bezsennej nocy, która okazała się prawdziwą wylęgarnią pomysłów. Rano, z tych, które udało mi się zapamiętać wyłowiłam koncept, który najbardziej mi się podobał. Instrukcję “Bestseller Inc.” udało mi się spisać w ekspresowym tempie - muszę przyznać, że nie podejrzewałam się o takie moce przerobowe. Na koniec został więc najgorszy element: karty.

Tworzenie kart to osobna historia. Są w niej krew, pot, zły, groźba rozwodu i zakończenia pięknej przyjaźni, a także nowo narodzona nienawiść (moja do GIMP-a). Z kolei to, że nimdil i Krzyś nie znienawidzili mnie, co więcej obaj się do mnie odzywają i to całkiem sympatycznym tonem poczytuję za cud i oznakę iście anielskiej cierpliwości obu panów. To dzięki nim “Bestseller Inc.” wygląda tak, jak wygląda, czyli bardzo ładnie (nawet nie próbujcie powiedzieć nic innego!).

Efektem mojego bajdurzenia i swobodnej pisaniny połączonej z wysiłkiem wspomnianych dobrych dusz był właśnie “Bestseller Inc.” Ku mojemu zaskoczeniu gra dostała się do finału konkursu, zdobywając aż 3 rekomendacje (dziękuję!).

Tym jednak, co było najbardziej niesamowite i sprawiło mi największą radość był fakt, że “Bestseller Inc.” zostały przetestowany. Startując w konkursie byłam przekonana, że piszę “sobie a muzom” i gra, która powstanie będzie funkcjonować jedynie na zasadzie teorii mówiącej, że być może da się w to zagrać i nie wylewać potoków łez z rozpaczy. Tymczasem ktoś zdecydował się zadać sobie trud wydrukowania tekstu, wycięcia kart i wytłumaczenia zasad znajomym, a następnie opisania mi, jak gra spisała się w praktyce. Było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, nie tylko ciekawe i pokazujące, jak teoria przekłada się na praktykę, ale również radosne, bo okazało się, że grający całkiem dobrze bawili się podczas sesji.

Warto było tracić czas na pisanie? Męczyć się z GIMP-em i narażać na niechęć ze strony dobrych ludzi? Warto. Dla tego jednego wieczoru, który grupa znajomych zdecydowała się poświęcić właśnie mojej grze.

Dostępne w sieci recenzje “Bestseller Inc.”: 1, 2.
Grę można pobrać stąd. Wcześniej jednak polecam przyjrzeć się pracom zwycięzców: "Lunie" Marty Kucińskiej i "Framespace" Krzysia (ogłoszenie wyników).

Niewinny skok w bok lub nowa miłość

...czyli kilka słów o rozterkach RPG-owca/ czytacza po raz siedemnasty.

Łatwo zauważyć, że lubię czytać, a książki - zarówno w rozumieniu niesionej przez nie wartości intelektualnej, jak i ich fizycznej, papierowej formy - traktuję z graniczącą z fanatyzmem czołobitnością. Na szczęście, to jedynie łagodne skrzywienie, które nie przekłada się na jakieś wybitne trudności w codziennym życiu społecznym. Owszem, czasem miałam ochotę udusić kogoś za wylanie kawy na ten, czy inny tom, ale najwyraźniej mam szczęście w rzutach na samokontrolę i w związku z moją przypadłością nigdy nie odnotowano żadnych ofiar śmiertelnych (ewentualnie, jestem mistrzem w skutecznym ukrywaniu zwłok). Cały ów - być może nieco przydługi i odrobinę zbyt drastyczny - wstęp sprowadza się ostatecznie do tego, że trudno mi wyobrazić sobie swoje życie bez książek. Bo co by było, gdyby ich nie było?

Ku mojemu zaskoczeniu, okazuje się, że nic przesadnie strasznego.

Nie, nie pozbyłam się całej swojej kolekcji powieści i RPG-ów, natomiast od jakiegoś czasu cieszę się z posiadania Kindle Classic 5. To niepozorne urządzenie sprawiło, że z dnia na dzień ilość zadrukowanego papieru, który kupuję drastycznie spadła, a rodzina z przerażeniem w oczach zaczęła pytać, co mi się stało i czy przestaję kolekcjonować książki.

W tym miejscu należy rozwiać ewentualne wątpliwości, jakie mogły się pojawić w obliczu powyższego oświadczenia: otóż, nie, nic mi nie jest, czuję się zdrowa, zarówno na ciele, jak i na umyśle. Nie straciłam też poczucia swojej tożsamości, nikt mnie nie podmienił. Wciąż nie wierzycie? Dodam w takim razie, że mimo iż czytnik mam od kilku miesięcy wciąż jeszcze nie jestem pewna, jaka przyszłość czeka ten związek. Nie mogę zdecydować, czy na horyzoncie majaczy długotrwały, namiętny romans z cackami od Amazona, czy może e-papier to tylko chwilowa miłostka. Bo, jak wszystko, lektura na czytniku ma swoje wady i zalety.

Zacznijmy od tych drugich, bez wątpienia, bardziej oczywistych. Chyba każdy posiadacz czytnika docenia jego lekkość i niewielki rozmiar, dzięki czemu czytanie w warunkach bojowych (komunikacja miejska!) staje się o wiele łatwiejsze. Przyzna to każdy, kto kiedykolwiek wpadł na pomysł zabrania ze sobą do autobusu lub tramwaju solidnego podręcznika RPG lub opasłej powieści, wydanej w standardzie wyższym, niż typowy dla fantastyki papier toaletowy. Kindle, dzięki swoim przyjaznym rozmiarom jest nie tylko wyjątkowo poręczny, ale i - co dla mnie ważne! - odporny na działanie psich zębów. Nie chodzi o to, że mój egzemplarz został zaopatrzony w specjalny, kevlarowy pokrowiec, ale po prostu o to, że takie urządzenie łatwiej jest przed psem ukryć, niż cały wielki regał, który z perspektywy czworonoga wygląda, jak gigantyczna, zapraszająco otwarta lodówka. Jeżeli dodać do tego wręcz niebezpieczną łatwość pozyskiwania nowych zbiorów, wychodzi na to, że na kindle’u czyta się niejako mimochodem, przy każdej okazji, a powieści kończą się w obłędnym, nieznanym dotąd tempie. Coś pięknego.

Jednocześnie - mimo bezsprzecznych zalet i udogodnień, jakie wiążą się z posiadaniem czytnika - mam z nim ogromny problem, tyleż nierozwiązywalny, co zachęcający do nieustannego zadawania symbolicznego pytania: jak żyć? Bo, istotnie, jak tu żyć, będąc człowiekiem chronicznie chorym na książki, cierpiącym na nieustanną manię ich kolekcjonowania i nie móc najnowszego nabytku dokładnie obejrzeć, pomacać, powąchać? Kindle ułatwił mi czytelnicze życie, ale przy tym pozbawił je miłych sercu przyzwyczajeń i odarł z sympatycznych, małych rytuałów, które do tej pory niezmiennie przynosiły mi radość. Nie da się przecież włuchiwać się w szelest e-papierowych kartek, powąchać elektroczninego tuszu, ani - co grosza! - postawić e-booka na półce i tym samym sprawić, aby naprawdę stał się własnością jednej osoby, a nie był jedynie przedmiotem potencjalnego zainteresowania setek ludzi, przewijających się przez księgarnię.

Jak się okazuje, wszystko to wcale nie jest tak ważne, jak dotychczas sądziłam. Owszem, kiedy korzystam z e-wydań brakuje mi tego elementu zbieractwa. Kindle jednak zmienił mnie do tego stopnia, że kiedy w Empiku kupowałam papierową wersję “Zawołajcie położną” Jennifer Worth nawet nieszczególnie przyjrzałam się trzymanemu w ręku egzemplarzowi: po prostu zdjęłam książkę z półki i zadowolona pomaszerowałam do kasy. Co gorsza, nie czułam wyrzutów sumienia.

Czyżby jednak miłość?