Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZjAva 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZjAva 2012. Pokaż wszystkie posty

W trybikach wojny

Jest luty 1867 roku. Wprawdzie po słynnej bitwie pod Königseig w Europie na kilka miesięcy zapanował spokój, jednak nie ma nikogo, kto nie spodziewałby się rychłego wybuchu kolejnej wojny. Żelazny Kanclerz nie zrezygnuje łatwo ze swoich planów. Podobnie Adwersarz. Nic więc dziwnego, że w Kazak Corom krasnoludzcy inżynierowie nieustannie pracują nad rozbudową Bawarskiej Marynarki Powietrznej. Gdy Bismarck znowu uderzy z pewnością tylko ona będzie mogła stawić czoła jego armii, toteż praca wre.   
Do czasu. 
Nagle bowiem w mieście krasnoludów zaczynają dziać się niepokojące rzeczy. Wszystko wskazuje na to, że ktoś sabotuje prace, aby opóźnić budowę najnowszego cudu techniki, olbrzymiego statku powietrznego, na cześć pewnej damy nazwanego „Marianną”. 

„W trybikach wojny” to, oczywiście, scenariusz, który poprowadziłam na ZjAvie; typowa przygoda – śledztwo, raczej prosta, ponieważ nastawiona przede wszystkim na zapoznanie graczy z najbardziej charakterystycznymi cechami Castle Falkenstein. Pojawiły się więc nawiązania do historii Nowej Europy, słynni bohaterowie niezależni, Dziki Gon, wszystko zaś w kontekście walki ze szpiegami Żelaznego Kanclerza. Niestety, sesja konwentowa nie wypadała równie dobrze, jak ta, którą poprowadziłam mojej krakowskiej drużynie. Z kilku powodów. 


Oczywista oczywistość

Niestety, nie nadaję się do tłumaczenia gier. Prawdę mówiąc, nie nadaję do tłumaczenia czegokolwiek [1]. Jeśli coś wiem, zawsze wydaje mi się, że jest to oczywiste dla wszystkich wokoło i nie wymaga żadnego wyjaśnienia. W trakcie sesji okazało się jednak, że powinnam przed rozpoczęciem gry poświęcić zdecydowanie więcej czasu na wytłumaczenie, o co właściwie tu chodzi i jak to działa. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę spóźnienie graczy, miałam poważne obawy, że nie uda mi się zmieścić w przepisowym czasie, więc przed-sesyjne bajdurzenie starałam się skrócić do minimum. Jak się okazało, niepotrzebnie. 


Syndrom Wolsunga 

Castle Falkenstein i Wolsung to zbliżone systemy, jeśli chodzi o klimat, jednak dzieli je cienka granica, po przekroczeniu której z Nowej Europy bohaterowie bezpowrotnie przenoszą się do Wanadii. W moim odczuciu w CF zagrożenie jest dużo bardziej realne i należy traktować je poważniej, niż w Wolsungu, dla którego normą jest absurdalność na poziomie ostatniej kinowej adaptacji „Trzech muszkieterów”.  Osobną kwestią jest użycie kart, które w Wolsungu pozwalają graczom na wchodzenie w kompetencje MG, natomiast w Castle Falkenstein po prostu zastępują kostki. Najwyraźniej nie podkreśliłam tego wszystkiego dostatecznie wyraźnie, ponieważ przez całą sesję czułam, jak gracze ciągną mnie w stronę Wolsunga, w ten czy inny sposób.


Celebryta

Miałam zaszczyt poprowadzić luckowi, który ze względów od niego niezależnych okazał się być bardzo problematycznym graczem. Po pierwsze, będąc w fandomie znaną osobistością przyciągał do naszego stolika mnóstwo znajomych, którzy chcieli się przywitać i zamienić kilka słów. Po drugie, lucek był potwornie zmęczony i najzwyczajniej w świecie zasypiał. Coś takiego zdarzyło mi się po raz pierwszy i zupełnie nie wiedziałam, jak sobie z tym radzić. Pozwolić spać w spokoju, wlewać do gardła napoje energetyczne, kopać pod stołem? Nagle zaczęłam doceniać zachowanie Kastora, który na zeszłorocznej edycji podczas sesji w nWoD-a w pewnym momencie zdecydował, że jest zbyt nieprzytomny, żeby grać. Przeprosił więc MG oraz współgraczy i... poszedł się zdrzemnąć.

Bez wątpienia sesja nie wypadła tak dobrze, jak mogłaby wypaść. Z drugiej strony opinie graczy wskazywały na to, że jakkolwiek dostrzegali pewne wady byli raczej zadowoleni i bawili się dobrze. Szczególnie podobało się odgrywanie NPC-ów, do opisów również nie było żadnych zastrzeżeń. Zamiast zapaść się po ziemię i nigdy więcej nie pokazywać na konwentach mogę więc zacząć myśleć o krakowskim Lajconiku. W kontekście prowadzenia, oczywiście.



[1] najlepszym tego dowodem jest nimdil, który po kilku lekcjach ze mną wciąż nie potrafi poprawnie przedstawić się po francusku.

Prawdziwie RPG-owy konwent

Teoretycznie ZjAva to kameralna impreza, która, zamiast oferować uczestnikom rozbudowany program, koncentruje się na tym, co lubimy najbardziej: graniu w RPG. Teoretycznie. Trzecia edycja Zimowej Jazdy Avangardowej pokazała, że ZjAvie coraz bliżej do pełnoprawnego, ogólnopolskiego konwentu, niż lokalnej atrakcji. Pojawiło się dokładnie 666 osób. Taka frekwencja z pewnością cieszy organizatorów, a także pokazuje, że w przyszłym roku spotkamy się pewnie w innym miejscu. Liceum im. Hugona Kołłątaja, którego gościnne mury dotychczas dawały schronienie złaknionym sesji RPG-owcom, nie będzie już w stanie pomieścić zjaviskowego potencjału. 


Atrakcje 

Do Warszawy przyjechałam, aby choć na chwilę zaspokoić swój wieczny głód grania, toteż tablica ogłoszeń sesyjnych była moim pierwszym celem. Muszę przyznać, że było w czym wybierać, przy czym, jeśli chodzi o ilość, palma pierwszeństwa należy się Dziedzictwu Imperium. Wzięłam udział w aż czterech sesjach, przy czym jedną z nich prowadziłam [1]. Grałam w nowy Świat Mroku, Lady Blackbird oraz Wolsunga. 

„A może Harry Potter”, nWoD, MG: MareK 
Scenariusz, jak wskazuje tytuł, dotyczył powieści o przygodach młodego czarodzieja, dokładniej zaś, grupy fanów serii, którzy potraktowali ją zbyt poważnie, zmieniając się tym samym w bandę psychopatów. MG stworzył fajną atmosferę tajemniczości, jednak trochę niepewnie czułam się, ze względu na zmiany mechaniczne. Mimo to, bawiłam się naprawdę dobrze. 

Lady Blackbird, MG: Squid 
Wreszcie miałam okazję, aby poznać ten fantastyczny system! Wprawdzie było nas nieco za dużo, jednak sesja pozostawiła po sobie naprawdę pozytywne wrażenie, a także, co ważniejsze, chęć prowadzenia. 

„Podsystem Klątwy i Następstw”, Wolsung, MG: Planetourist 
Zawsze cieszę się, kiedy mam okazję zagrać w Wolsunga, bo wśród moich stałych graczy brakuje fanów tego systemu. Bardzo podobał mi się pomysł Plane'a, więc tym bardziej szkoda, że zostaliśmy nieco przytłoczeni mechaniką. 

W sobotę dodatkową atrakcją byli migrujący od stołu do stołu sędziowie Latających Spodków, wszyscy zaopatrzeni w złowieszcze zeszyty, w których robili zapewne niemniej złowieszcze notatki. Z przyjemnością rzuciłabym na nie okiem, zapewne jak każdy oceniany Mistrz Gry, toteż z niecierpliwością czekam na namiastkę tej przyjemności w postaci podsumowania konkursu. 

Chociaż sesje to podstawa, w tym roku ZjAva mogła poszczycić się całkiem rozbudowanym programem, jednak, mimo że tytuły niektórych prelekcji wyglądały interesująco, chęć grania przeważyła i sama uczestniczyłam tylko w jednej z nich. Prowadząca, Jade Elenne, była świetnie przygotowana i bardzo ciekawie mówiła o XIX-wiecznej modzie damskiej. 


Aspekt towarzyski 

RPG łączy ludzi, szczególnie, kiedy występuje w tak dużej ilości. To pierwszy od dawna konwent, jaki dał mi okazję do poznania tak wielu osób, które dotychczas mniej lub bardziej mgliście kojarzyłam z Internetu. Pozdrawiam więc moich graczy i współgraczy, a także, oczywiście, Mistrzów Gry. 


Organizacja 

Nawet, gdyby pojawiły się jakieś organizacyjne niedociągnięcia, najpewniej nie zauważyłabym ich, zbyt zajęta bieganiem z sesji na sesję. Z mojej perspektywy Stowarzyszenie Avangarda po raz kolejny spisało się znakomicie. Organizatorzy byli bardzo pomocni, zarówno przed konwentem, kiedy w ostatniej chwili zgłaszałam swoją sesję, jak i na miejscu, gdy szukaliśmy odpowiednich stanowisk do gry. Chociaż nie brałam udziału w prelekcjach, byłam poinformowana o wszystkich zmianach w programie – informujące o nich kartki natychmiast rzucały się w oczy. Konwentowy barek zapewniał strawę i napitek głodnym i spragnionym bez konieczności opuszczania terenu szkoły, a automat z kawą dostarczał kofeiny w krytycznych momentach. Krótko mówiąc, nie mogę na nic narzekać. 


Podsumowanie 

Jestem rodowitą Krakuską, co oznacza, że zaprogramowano mnie genetycznie, abym nie lubiła Warszawy, jednak warszawskie konwenty sprawiają, iż czasem zdarza mi się żałować, że jednak nie mieszkam w stolicy. 



[1] „W trybikach wojny” to pierwszy scenariusz, jaki poprowadziłam na konwencie, dlatego kiedyś poświęcę mu osobną notkę. Wzięłam udział w Latających Spodkach, ale nie udało mi się przejść do finału konkursu.

ZjAviskowe plany

Wczoraj zrobiłam moim graczom niespodziankę. Zamiast kontynuować rozpoczęty jakiś czas temu WoD-ny scenariusz poprowadziłam im sesję w Castle Falkenstein. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że właśnie ten scenariusz postanowiłam poprowadzić podczas ZjAvy, a moja krakowska grupa z radością spełniła funkcję królików doświadczalnych. 

W walce o przyszłość Nowej Europy, wolnej od Żelaznego Kanclerza i jego knowań wzięło udział dwóch dżentelmenów i jedna dama. Lucien Cartier, asystent Juliusza Verne'a, mający zadatki na szalonego naukowca, Horatio Nelson Ward, oficer królewskiej marynarki wojennej w stanie spoczynku oraz lady Amanda Reinhardt, parająca się dyplomacją. Grupa, jak przystało na prawdziwie bohaterskich bohaterów, świetnie sobie poradziła – geniusz zbrodni został schwytany, a najważniejsze dzienniki świata miały o czym pisać co najmniej przez kilka kolejnych dni. 

Było fajnie, jednak okazało się, że trzeba sporo poprawić, aby sesja rzeczywiście nadawała się do rozegrania w konwentowych warunkach. 
  1. Przede wszystkim czas. Chyba muszę coś obciąć lub nieco bardziej stanowczo popychać graczy w stronę rozwiązania, w przeciwnym razie nie mam najmniejszych szans zamknąć się w przepisowych czterech godzinach. Z drugiej strony, nie chciałabym rezygnować z krótkich, indywidualnych wprowadzeń. 
  2. Postaci. Rzecz jasna, były przygotowane przeze mnie, żebyśmy nie musieli tracić czasu na ich tworzenie, ale wygląda na to, że sama mechanika to za mało. Będę musiała dopisać również coś, co podkreśli ich motywacje (szczególnie te negatywne). 
  3. Zakończenie. Przydałoby się je nieco bardziej rozbudować. 
  4. Gadżety. Z różnych względów nie miałam dostatecznie dużo czasu, żeby wyprodukować coś na wczoraj i bardzo mi ich brakowało. Wśród nich powinna znaleźć się lista imion i nazwisk, z której ewentualni gracze będą mogli wybrać coś dla swoich bohaterów – na konwencie dostęp do absolutnie najważniejszej pomocy RPG-owej (Behind the Name) może być... ograniczony. 

Mam nadzieję, że uda mi się ze wszystkim zdążyć. Do zobaczenia w Warszawie!


PS. Moim królikom dziękuję za wszystkie cenne uwagi.