Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty

Z wizytą u Kopernika

Nie planowałam jechać na Copernicon, tymczasem nie dość, że w miniony weekend znalazłam się w Toruniu to jeszcze w konwencie uczestniczyłam pełniej, niż zwykle, bo jako twórca programu. Wszystkiemu zaś winny był Grzegorz “Gendo” Bagiński, koordynator bloku Sesje RPG, który tak skutecznie namawiał mnie do wizyty w mieście słynnego astronoma, że nie sposób było odmówić - nawet wziąwszy pod uwagę konieczność podróżowania z psem. Copernicon był więc dla mnie konwentem pod każdym względem innym, niż zwykle i chociaż nie lubię porzucania swoich przyzwyczajeń muszę przyznać, że do tego bardzo udanym.

Czas i miejsce

Copernicon - jak zresztą wskazuje nazwa - odbywał się w Toruniu, w dniach 13 - 15 września. Konwent mógł poszczycić się świetną lokalizacją, w samym centrum Starego Miasta, mieścił się bowiem w dwóch budynkach należących do UMK. W pięknym, niesamowicie klimatycznym Collegium Maius znajdowała się akredytacja, stoiska wystawców oraz sale przeznaczone na sesje RPG, z kolei w Collegium Minus odbywały się prelekcje chyba wszystkich bloków programowych. Warto dodać, że oba przybytki wiedzy są położone na tyle blisko siebie, że przemieszczanie się pomiędzy nimi nie stanowiło problemu - nawet wziąwszy pod uwagę wyjątkowo podłą pogodę. W nieco większym oddaleniu znajdowała się szkoła noclegowa, jednak nie słyszałam na to jakichś szczególnych utyskiwań, domyślam się więc, że dystans należał do tych, które bez bólu można przebyć na piechotę.
Warto wspomnieć, że dzięki temu, iż konwent znajdował się w samym centrum nie stanowiło problemu napełnienie głodnych żołądków. Co więcej, organizatorzy zapewnili konwentowiczom zniżki w rozmaitych okolicznych przybytkach - pizzerii, restauracji indyjskiej, włoskiej knajpce z opcją jesz ile chcesz, a nawet pubach. Wybredni uczestnicy, którym nie odpowiadała żadna z wymienionych opcji mogli zaś wybierać wśród licznej konkurencji. Ze zniżką, czy bez, muszę przyznać, że chyba na żadnym konwencie mój żołądek nie czuł się tak dopieszczony. Po co komu konwent: Toruń warto odwiedzić chociażby dla fantastycznego piwa piernikowego i pysznych naleśników w Manekinie.

Organizacja

Tym razem na organizację patrzyłam z perspektywy twórcy programu, nie zaś zwykłego uczestnika. Sądziłam, że nie odczuję specjalnej różnicy, tymczasem okazało się, że są to punkty widzenia diametralnie różne. Nie mam organizatorom Coperniconu nic do zarzucenia. Mam tylko nadzieję, że szarzy konwentowicze byli tak samo rozpieszczani, jak Mistrzowie Gry i paneliści.
W kolejce do akredytacji spędziłam może 5 minut - aby przekazać mi pakiet z identyfikatorem, informatorem i stosikiem ulotek sympatycznej gżdaczce wystarczył rzut oka na mój dowód osobisty. Przy tym okazało się, że opłatę uiszczam z już odliczoną zniżką za program, co mile mnie zaskoczyło. Poczułam, że organizatorzy mają do mnie dostatecznie dużo zaufania, by wierzyć, że nie ucieknę ze swojej sesji. Z tego, co wiem częściej stosuje się zdecydowanie bardziej kłopotliwy model zwracania panelistom pieniędzy po tym, kiedy już zakończą odrabianie pańszczyzny, toteż w tym punkcie Copernicon ma u mnie dużego plusa.
Później przywitał nas Gendo, zajmujący się blokiem Sesji RPG, a było to powitanie niezwykle zacne, zawierające pyszne czekoladowe muffiny, które głodnym, zmokniętym i zmęczonym podróżą ludziom wydawały się ósmym cudem świata. Potem było już tylko lepiej: Gendo pilnował, żebym we właściwym czasie znajdowała się w odpowiednim miejscu, zaganiał do sali graczy, wyczarowywał brakujące ołówki i kostki. Jeżeli koordynatorzy pozostałych bloków byli równie pomocni, jestem przekonana, że za rok paneliści i Mistrzowie Gry będą walić na Copernicon drzwiami i oknami.

Atrakcje

Program Coperniconu, mimo że złożony z kilkunastu bloków, nieco mnie zawiódł. Owszem, na konwent przyjechały prawdziwe sławy, jednak obok prelekcji Geekozaura, zwierza popkulturalnego, Kobiety-Ślimaka i dzielnie rozpowszechniającego wiedzę o Apocalypse World Pl Tora zdarzały się punkty programu trącące myszką i promujące w moim odczuciu np. mocno nieaktualny styl grania lub przypominające grupową terapię. Oczywiście, nie oznacza to, że w informatorze próżno było szukać interesujących prelekcji - raczej, że ginęły one w wśród rozmaitych konkursów wiedzy i nie do końca dobrze przygotowanych punktów programu. Sądzę, że w przyszłości warto wziąć pod uwagę radę Puszona i postawić z jednej strony na nieco mniejszą różnorodność, w której nie zginą programowe perełki, z drugiej zaś wyłącznie na sprawdzonych prelegentów. Z ulgą przyjęłabym również ułożenie informatora według godzin, a nie według bloków.
Poza prelekcjami na konwencie można było również wziąć udział w sesjach RPG, LARP-ach, pograć w bitewniaki i planszówki, a także zobaczyć fire show. Bez wątpienia działo się dużo, szkoda tylko, że poziom atrakcji był tak nierówny.

Trudno mi się wypowiadać w kwestii mojej sesji. Z jednej strony, wydaje się, że była całkiem udana, z drugiej natomiast już podczas prowadzenia czułam, że pewne rzecz mogłam pokazać lepiej. Niestety, marznąc w nie do końca suchych ubraniach po piątkowej deszczowej apokalipsie nie czułam się najlepiej. W przyszłości obiecuję się poprawić, nie tylko od strony prowadzenia, lecz również organizacji. Copernicon sprawił, że przekonałam się, iż sobota rano to niezbyt dobra pora na sesję, jeżeli konwent nie jest nastawiony całkowicie na granie w RPG. Następnym razem wybiorę lepszy termin. Mam jednak nadzieję, że graczom sesja podobała się na tyle, iż nie żałują wstawania na barbarzyńską 10 rano.

Podsumowanie

Copernicon oceniam bardzo pozytywnie, szczególnie pod względem organizacyjnym. Mimo pewnych wpadek programowych na pewno będę chciała wrócić do Torunia za rok. Wierzę, że organizatorzy pozwolą mi wtedy przekonać się, że ich konwent potrafi być jeszcze lepszy, większy i ciekawszy, niż wcześniej.

Odrobina prywaty

Copernicon był szczególnym konwentem również dlatego, że w podróży towarzyszyła nam Tytania. Po dłuższych wakacjach, podczas których była pod opieką nie do końca kompetentnych osób nie chcieliśmy zostawiać jej znowu w niepewnych rękach. Nie pozostało więc nic innego, jak zabrać ją ze sobą. Wojaże z psem okazały się znacznie mniej problematyczne, niż się spodziewałam. Tytania nie sprawiała problemów ani w pociągu, ani w hotelu. Właściwie, jedyne, czym jestem zawiedziona to fakt, że gżdacze nie pozwolili całej naszej trójce podejść do stanowiska akredytacyjnego, przez co wejściówki musieliśmy kupować na raty. Pogoda była wyjątkowo podła, byliśmy całkowicie przemoczeni, a to tylko opóźniło nasze spotkanie z ciepłym pokojem hotelowym.

Copernicon był też konwentem bardzo udanym pod względem towarzyskim, podziękowania i dobre słowa wędrują do:
Magdy i Gendo - za muffiny i psie ciasteczka, doprowadzenie do dobrego jedzenia i wszelką pomoc, jakiej udzieliliście nam przez cały konwent;
Jade - za wspólną podróż, ciekawe rozmowy i bycie ciocią Tytanii;
lucka - za to, że wie, jak należy traktować królową - jesteś najlepszym wujkiem;
Puszona - przykro mi, że Cię zawiodłam;
Darkena - z niecierpliwością czekam na bombę
Magdy i Urka - za sympatyczną pogawędkę.

PS. Setny wpis!

Pierwsza wizyta w Królestwie

Nie mogę uwierzyć, że musiało minąć aż sześć edycji, żeby wreszcie udało mi się dotrzeć na Grojkon. Mieć pod nosem świetny konwent i nigdy się na nim nie pojawiać - z Krakowa do Bielska-Białej jest przecież śmiesznie blisko - to ten poziom lenistwa, który powinien być karany ustawowo.


Czas i miejsce

Siódma edycja Grojkonu odbyła się w ostatni weekend kwietnia w budynku bielskiej Akademii Techniczno-Humanistycznej. Pierwsze, co należy powiedzieć, to że budynek sprawdził się wyśmienicie. Pod względem lokalizacji Grojkon bije na głowę chyba wszystkie konwenty, na jakich dotychczas byłam. Wprawdzie kampus ATH znajduje się - szczególnie biorąc pod uwagę częstotliwość kursowania autobusów - w sporym oddaleniu od centrum miasta, jednak pod za tym drobnym mankamentem Akademia ma same plusy. Przede wszystkim, okazała się idealna dla przybyłej do Bielska liczby konwentowiczów - zarówno pod względem rozkładu pomieszczeń, jak i wielkości. Mimo 1300 uczestników nie było tłoku, a jednocześnie korytarze nie świeciły pustkami, co pozwalało poczuć tę specyficzną, konwentową atmosferę, którą tak skutecznie zabijał układ pomieszczeń w słynnym budynku SGGW. Program odbywał się nie tylko w salach wykładowych - przypominających raczej te z liceów, niż uczelni wyższych - i aulach, lecz również położonych przed budynkiem błoniach. To z pewnością miało wpływ na rozładowanie ewentualnego tłoku, jednak trzeba przyznać, że niedzielne załamanie pogody niewiele w tej kwestii zmieniło. Kolejnym pozytywnym zaskoczeniem była stołówka. Była długo dostępna, oferowała całkiem szeroki zestaw dań i pyszne kanapki w przystępnych cenach oraz możliwość spożywania posiłków na tarasie z pięknym widokiem na góry. Na dodatek, obsługiwał ją bardzo miły personel. Ci, którzy nie zdążyli dotrzeć do stołówki przed jej zamknięciem ratowały gęsto rozmieszczone automaty z batonikami i kawą.
W wolnej chwili można było nie tylko zjeść, ale również przyłożyć głowę do poduszki. Dla uczestników nocujących na terenie konwentu wydzielono kilka sal sypialnych, a w określonych godzinach udostępniono im prysznice (niestety, w innym budynku). Do dyspozycji (za dodatkową opłatą, oczywiście) był także położony w pobliżu ATH camping “Ondraszek”, gdzie bujnie kwitło nocne życie RPG-owców. Dla najbardziej wymagających istniała też opcja pokoju w hotelu, nie wiem jednak, czy ktokolwiek się na nią skusił.


Organizacja

Po pierwszym wpisie dotyczącym Złotych Kości należałoby pewnie spodziewać się tu niezbyt pochlebnych opinii, tymczasem sam konwent - w oderwaniu od konkursu na najlepszego Mistrza Gry - oceniam bardzo dobrze.
Akredytacja działała całkiem sprawnie - nawet, jeżeli tworzyły się kolejki były szybko rozładowywane. Pewnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że kolejka dla osób, które nie rejestrowały się przez Internet była dłuższa, niż dla tych, które zdecydowały się to zrobić - nie jest to jednak wada, a ciekawostka. Na właściwych danym blokom piętrach umieszczono tablice, na których można było zapisywać na sesje, LARP-y i rozmaite warsztaty. Wszelkie zmiany w programie ogłaszano na tyle wyraźnie, żeby nie były problemem, było ich zresztą bardzo mało. Warto dodać, że informator konwentowy był wydrukowany na zaskakująco dobrym papierze i rzeczywiście pomagał się zorientować w konwentowych atrakcjach. Poza standardowymi opisami poszczególnych punktów zawierał też - wydrukowaną na osobnej kartce - tabelką programową oraz czytelną mapę budynku. W przypadku niektórych prelekcji wspomnianych opisów zabrakło, trudno jednak wyrokować, czy padły one ofiarą chochlików drukarskich, czy opóźnień ze strony prelegentów. Poza tym jednak nie udało mi się zauważyć większych niedociągnięć.


Atrakcje

Jadąc na Grojkon byłam zupełnie nieświadoma skali tego konwentu, toteż program pozytywnie zaskoczył mnie sporą ilością atrakcji i bloków.
Poza standardowymi blokami tematycznymi - literackim, w którym brylowali goszczący na konwencie pisarze i RPG, zdominowanym przez jak zawsze rewelacyjny Lans Macabre - w programie znalazły się między innymi blok kultury japońskiej i warsztaty kuglarskie. Szczególnie te ostatnie wzbudziły mój entuzjazm - wprawdzie nie udało mi się dotrzeć na żadną z oferowanych przez ten blok atrakcji, jednak ci szczęśliwcy, którzy na nie trafili wydawali się naprawdę dobrze bawić, na przykład podczas nauki żonglowania. Na błoniach przed budynkiem rozlokowano ogólnodostępne atrakcje - między innymi wioska rycerską czy strzelnicę ASG. Tam również odbyła się Bitwa o Bielsko. Gdyby nie łaskawość pogody te punkty programu mogłyby nie wypaść najlepiej, jednak dzięki sprzyjającej aurze znalazły naprawdę wielu zwolenników. W wiosce rycerskiej zawsze kręciło się mnóstwo ludzi, sporą popularnością - co można było ocenić po szybko malejącej liczbie dostępnych dań - cieszyła się karczma średniowieczna, serwująca takie przysmaki, jak jajecznica mnichów żebrzących. Poza tym - jak chyba na każdym konwencie - można było zagrać w gry planszowe, konsolowe oraz wziąć udział w LARP-ach, sesjach RPG i rozmaitych konkursach, a także wcielić się w rolę załoganta statku kosmicznego, dzięki symulatorowi Artemis.
Posunięciem, za które organizatorom Grojkonu należą się gromkie brawa jest wprowadzenie rodzinnej akredytacji i osobnego bloku dla najmłodszych uczestników. Pomysł sprawdził się wyśmienicie, przyciągając na konwent sporo rodziców z dziećmi - zarówno dzieci zainteresowane fantastyką, zbyt małe, by pojawić się na imprezie bez rodziców, jak i fantastów, którzy dopiero próbowali wciągać potomstwo w swoje hobby.
Ktoś, kto przyjechał na Grojkon przede wszystkim dla programu z pewnością się nie zawiódł, nawet, jeżeli atrakcji było nieco mniej, niż w przypadku RPG-owych gigantów, takich, jak Avangardy, czy Pyrkony. Sama kręciłam się przede wszystkim w okolicach bloku RPG, wybierając pomiędzy prelekcjami chłopaków z Lans Macabre i ich zacną konkurencją. Moje grojkonowe perełki to:

“Jak napisać/wydać/sprzedać grę RPG?” lucek i Darken
Prelekcja wprawdzie nie do końca na temat, za to pełna anegdot i świetnie poprowadzona - dawno nie śmiałam się tak bardzo, więc nie żałuję, że wciąż mam raczej niewielkie pojęcie o wydawaniu gier RPG [1].

“Retrospekcje i sny w RPG” Scobin
Scobin - jak zawsze świetnie przygotowany i konkretny - starał się pokazać, jak można wykorzystać na sesjach retrospekcje i sny w celu lepszego charakteryzowania bohaterów graczy. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zdecyduje się przedstawić swoje pomysły na jakimś konwencie, bo na Grojkonie publika nie dopisała i momentami w natłoku pytań miał problemy z dojście do głosu. Mimo to salę opuściłam z kilkoma pomysłami, z których z pewnością skorzystam podczas swoich sesji.

“Przetrwaliście zagładę” gra autorstwa Darkena, prowadzona przez lucka
Poza programem miałam przyjemność wypróbować zapowiadaną grę Darkena - “Przetrwaliście zagładę”. Wygląda na to, że może dość szybko znużyć RPG-owych zgredów, jednak, zgodnie z intencją autora, doskonale sprawdzi się, jako sposób wprowadzenia nowych osób w świat gier fabularnych.


Podsumowanie

Grojkon to naprawdę fajny konwent - żałuję, że odkryłam go tak późno i obiecuję sobie, że teraz, kiedy już wiem, jak wiele omijało mnie przez ostatnich kilka lat, stanę się jego stałym bywalcem. Cóż tu dużo mówić, organizatorzy pokazali, że mają możliwości i umiejętności, aby w 2014 roku godnie przyjąć Polcon.


Odrobina prywaty

Pora na to, czego nikt nie lubi, a bez czego żadna relacja z konwentu nie byłaby kompletna - dobre słowo dla bliższych i dalszych znajomych.
nimdil - za “Jak to nie startujesz? To po jaką cholerę ja w ogóle przyjechałem na ten konwent?”.
lucek - za nieomylność i zdradzenie tajników wydawania RPG-ów.
Krzyś - za dotrzymywanie towarzystwa, rozmowy, a także doprowadzenie na konwent i do Złotych Kości.
Jade - za łaskawe dla mojego wizerunku zdjęcia (polecam rzucić okiem na fotorelację jej autorstwa).
Specjalne podziękowania należą się wydawnictwu Galmadrin, które podarowało mi swój najnowszy produkt - GASLIGHT - Cthulhu w świetle gazowych latarni.


[1] Zdecydowanie więcej dowiedziałam się w tej kwestii już po prelekcji, w konwentowych kuluarach.

Lajconik 3 standardowo

...czyli, jak zawsze, świetnie. 


Czas i miejsce 

Trzecia edycja krakowskiego konwentu Lajconik odbyła się z niewielkim opóźnieniem, to jest w weekend 27-28 października. Po wiosennej odsłonie, na której zjawiło się całkiem sporo spragnionych sesji RPG-owców spodziewałam się, że impreza przeniesie się w jakieś inne miejsce, by móc pomieścić wszystkich uczestników, tymczasem ku mojemu zdziwieniu spotykaliśmy się tam, gdzie ostatnio. Na szczęście, organizatorom udało się w magiczny sposób poszerzyć wnętrza budynków Młodzieżowego Domu Kultury i Stowarzyszenia Siemacha – wprawdzie tym razem odbyło się jeszcze więcej sesji, jednak nie można było narzekać na brak miejsca do grania. Dla każdego Mistrza Gry znalazła się – mniej lub bardziej – przytulna salka. Z kolei wielbiciele planszówek zajęli salę balową – największe pomieszczenie MDK-u, jak zwykle mieściło Games Room. Ci, którzy po całym dniu grania jeszcze nie mieli dość mogli udać się do Jędrusia na nocne granie. 


Organizacja 

KSF kolejny raz pokazał, że wie, co robi, chociaż nie obyło się bez drobnych potknięć. Wynikłe w sobotę rano zamieszanie z numerami stanowisk RPG zostało szybko rozwiązane. Niemiłą niespodziankę przeżyłam, kiedy okazało się, że jedna z sesji, w których zamierzałam uczestniczyć zmieniła miejsce w harmonogramie, przez co nakłada się z kolejną. Ostatecznie jednak wszystko wróciło do normy. Jeśli ktoś zdołał dopatrzeć się większej liczby niedociągnięć po prostu za mało grał. 


Atrakcje 

Lajconik to konwent nastawiony na granie. Już kilka tygodni przed imprezą Mistrzowie Gry zgłaszali sesje, do których z kolei mogli rejestrować się gracze. To świetne rozwiązanie, które tym razem wzbudziło we mnie sporo frustracji – trzykrotnie ktoś wyprzedził mnie podczas rejestracji. Na szczęście, pozostawały jeszcze zapisy na miejscu. A było w czym wybierać – grano zarówno w powszechnienie znane i lubiane systemy, jak i gry indie. Natomiast, aby odpocząć od RPG można było udać się do Games Roomu lub odwiedzić blok konkursowy, które, z tego, co wiem, również budziły spore zainteresowanie. 


Moje sesje 

Wzięłam udział w czterech sesjach – nie przepuściłam żadnej okazji do grania, mając na uwadze to, że następna zdarzy się najpewniej na warszawskiej ZjAvie.

The Shadow of Yesterday, MG: Krzyś
Zabawna sprawa: scenariusz wydawał się wymagać współpracy od bohaterów graczy, tymczasem większość zupełnie zignorowała ów drobny szczegół i zajęła się wykańczaniem towarzyszy. Jedyne, czego żałuję to to, że nie zginął żaden z bohaterów graczy – uratowało nas miękkie serce Mistrza Gry. 

D&D – Planescape, MG: Cubuk
Pierwszy raz miałam okazję grać w D&D w tym świecie. Spodziewałam się raczej czegoś w poważnym tonie, tymczasem sesja szybko zmieniła się w parodię. Śmiechu było co niemiara i bawiłam się dobrze, jednak posmak zawiedzionych oczekiwań pozostał. 

Anima Prime, MG: Darken
Kolejna sesja pełna śmiechu, dodatkowo doprawiona interesującą mechaniką. Cieszę się, że mogłam wypróbować Animę Prime – wygląda na to, że jest to jeden z tych systemów, w które mogę jedynie grać, co więcej, niezbyt często. Taki poziom wykopu działa na mnie dobrze tylko, jako przerywnik od bardziej standardowych, stonowanych sesji. 

A Dirty World, MG: Reverant
Bardzo dobry system z bardzo złą mechaniką – takie przynajmniej odniosłam wrażenie. Sesja podobała mi się na tyle, że postanowiłam zainteresować się bliżej tą grą. Moja krakowska drużyna powinna mieć się na baczności! Szczególnie, jeśli okaże się, że ta mechanika jednak może być strawna.


Podsumowanie

Lajconik to świetny konwent. Przyciąga nie tylko mnóstwem sesji, lecz również sympatyczną, ciepłą atmosferą. Jest jedyny w swoim rodzaju i mam nadzieję, że pozostanie w kalendarzu krakowskich imprez RPG-owych przez długie lata. Mimo że organizatorzy nie chcieli ujawnić planów dotyczących kolejnej, czwartej edycji pozwolę sobie na odrobinę optymizmu, pisząc: do zobaczenia na wiosnę! 


Odrobina prywaty 

Pozdrawiam wszystkich MG, u których miałam przyjemność grać, współgraczy i znajomych, z którymi udało mi się zamienić kilka słów pomiędzy kolejnymi sesjami. Specjalne podziękowania należą się Nelkowi i człowiekowi, którzy nigdy nie podpisuje się na konwentowych identyfikatorach.


PS. Tutaj znajdziecie zdjęcia oficjalnego fotografa imprezy, Janka Złego.

Avangarda 2012

Blogosfera, od kilku dni zalana wpisami wspominających ósmą edycję Avangardy konwentowiczów, to najlepszy dowód na popularność warszawskiej imprezy. Szkoda tylko, że w tym roku – w stosunku do lat poprzednich – dało się odczuć niewielki spadek poziomu konwentu. 


Lokalizacja 

Podobnie, jak rok temu konwent odbywał się na terenie kampusu SGGW, tym razem jednak wycieczka na Ursynów była zdecydowanie mniej bolesna. W tym względzie organizatorzy spisali się na medal, likwidując niedogodności, na które uskarżali się uczestnicy poprzedniej edycji. Przede wszystkim, zmieniono szkołę noclegową, wynajmując budynek położony znacznie bliżej SGGW. Dzięki temu wszyscy ci, którzy nie zdecydowali się na nocleg w akademikach mieli ułatwiony dostęp do konwentowych atrakcji – podobno dystans dzielący obie lokalizacje można było w miarę bezboleśnie pokonać nawet na piechotę. Zadbano też o żołądki konwentowiczów – w podziemiach budynku głównego pojawił się bufet, w którym można było kupić coś na ząb. Jedyną jego wadą były zdecydowanie zbyt krótkie godziny otwarcia. Szczęśliwie, nawet po godzinie 17 dało się uniknąć śmierci głodowej, dzięki pobliskim sklepom spożywczym i automatom ze słodyczami. Zawiódł z kolei konwentowy pub. Prawdę mówiąc, dawno nie piłam równie paskudnego piwa. Ponadto, dużym minusem był brak klimatyzacji. Wprawdzie organizatorom udało się w ostatniej chwili dokupić kilka wiatraków, jednak nie zdołały one uratować sytuacji i w prawie każdej sali było okrutnie gorąco i duszno. 


Organizacja 

Ten aspekt konwentu – jak zawsze – oceniam bardzo pozytywnie. Wszystkie zmiany ogłaszano w sposób na tyle widoczny, abym je dostrzegła, nawet, jeśli nie zamierzałam uczestniczyć w danej atrakcji. W razie wątpliwości, kręcący się po budynku gżdacze służyli informacjami. Jedyne, czego zabrakło, to tablica do wywieszania ogłoszeń sesyjnych, które tym razem przyklejane były na ścianie obok depozytu oraz flamastry w salach prelekcyjnych. 


Atrakcje 

Myślę, że mogę zaryzykować stwierdzenie, iż w programie każdy mógł znaleźć coś dla siebie, szczególnie, że w tym roku został on rozszerzony o blok komiksowy. Pojawiło się wyjątkowo dużo prelekcji skierowanych do Mistrzów Gry – Lans Macabre i Mastermind okupowali sporą część tabeli programowej, a każdy początkujący MG miał szansę opuścić konwent bogatszy o nową wiedzę. Przeszkadzało natomiast rozłożenie atrakcji w czasie. Niejednokrotnie prelekcje o zbliżonych tematach, a więc mogące zainteresować jedną grupę odbiorców odbywały się w tym samym czasie, co prowadziło do konieczności podejmowania trudnych decyzji. Niestety, nie dopisali goście - w bloku literackim zabrało większych, szeroko znanych nazwisk, szczególnie Anny Brzezińskiej, która nie tylko pisze wspaniałe książki, lecz jest też doskonałą prelegentką. Szkoda również, że temat przewodni konwentu – potwory – niezbyt rzucał się w oczy. Prawdę mówiąc, nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnej nawiązującej do niego prelekcji. Dziwi mnie to o tyle, że podczas poprzednich edycji atrakcje tematyczne zwykle wybijały się poziomem ponad pozostałe – wyjątkowo dobrze wspominam pod tym względem Avangardę 2010, która odbyła się pod hasłem „Wyobraźnia kolektywna”. Mimo wszystko, program oceniam bardzo dobrze – miałam w czym wybierać, a większość prelekcji, na których się pojawiłam została naprawdę fajnie poprowadzona. Było ich na tyle dużo, żebym nie miała ochoty wymieniać wszystkich po kolei, co najlepiej świadczy o atrakcyjności programu. Nawet, gdybym nie miała okazji spotkać na Avangardzie żadnych znajomych, nie mogłabym się nudzić. 

Rozczarował mnie z kolei brak sesji RPG. Nie potrafię powiedzieć, czy to przez brak nieśmiertelnej tablicy, do której wszyscy zdążyli już przywyknąć, czy też obecność GRAMY! w programie, jednak sesji pojawiło się bardzo mało. Wybierając się na konwent nastawiłam się na granie, tymczasem okazało się, że mogę liczyć jedynie na Dziedzictwo Imperium. Szkoda. 

Trudno mi wypowiadać się o Games Roomie, któremu poświęciłam raptem rzut oka. Wydawał się być wcale nieźle zaopatrzony, a co ważniejsze, zawsze był pełen graczy. To właśnie tam i na drugim piętrze gdzie rozłożyły się stoiska wydawców i sklepów najpełniej można było odczuć konwentową atmosferę. Zwykle bowiem uczestnicy ginęli w przepastnych korytarzach, przez co obecność ponad tysiąca osób pozostawała zupełnie niezauważalna. 


Mój wkład

Mimo że na konwenty jeżdżę od wielu lat dopiero na Avangardzie 2012 byłam kimś więcej, niż zwykłym uczestnikiem imprezy. Jak wicie, miałam niewątpliwą przyjemność poprowadzić jedną z półfinałowych sesji w konkursie na najlepszego gracza, GRAMY!, co sprawiło, że zostałam zakwalifikowana do grona twórców programu. Jak przystało na Mistrza Gry z kompleksami, przed sesją najadłam się strachu – jak wiadomo, gracze to niezwykle groźne i agresywne istotny – ostatecznie jednak oceniam to doświadczenie bardzo pozytywnie. Na tyle, żebym chciała je kiedyś powtórzyć. 


Podsumowanie 

W porównaniu z poprzednimi edycjami Avangarda 2012 wypadła nieco gorzej. To nie tylko wina pewnych niedociągnięć, lecz również oczekiwań, wszak Stowarzyszenie Avangarda udowodniło, że poprzeczkę należy mu stawiać bardzo wysoko, co też uczyniłam. Mimo pewnych negatywnych aspektów Avangarda to wciąż świetny konwent na poziomie, który zdążył już na stałe wpisać się na moją prywatną listę najfajniejszych imprez RPG-owo-fantastycznych w Polsce. Kto nie był, niech żałuje. 


Odrobina prywaty 

Jak każda notka konwentowa, również i ta nie może obejść się bez pewnej ilości prywatnych wtrętów – wiele osób, które miałam okazji spotkać podczas tegorocznej Avangardy zasłużyło na dobre słowo. 

repek – za wciągnięcie mnie w GRAMY! I wieczorne rozmowy przy piwie.

Linka, Cichy i Minwyrd, nimdil – za pożyczenie kostek, które uratowały moją sesję.

Urko, WekT, Ifryt i Chochlik – za udział w sesji, byliście świetni!

squid – za podrzucenie polskiej wersji Lady B. tuż przed rozpoczęciem sesji.

Ezechiel – za najbardziej oryginalny komplement, jaki w życiu usłyszałam.

Szponer – za krótkie wprowadzenie w świat filmowców.

Ys, Kadu, rince, Jade, Plane, Khorn i pozostali, o których zapomniałam – fajnie było Was poznać/ spotkać.

Lajconiku, laj, laj!

Pamiętam, że kiedy opuszczałam teren konwentu po zakończeniu pierwszej edycji Lajconika, organizatorzy żegnali mnie, obiecując, że druga obędzie się wcześniej, niż można by się spodziewać. Odetchnęłam z ulgą, kiedy okazało się, że istotnie, Lajconik powróci na wiosnę. Byłoby okrutne kazać uczestnikom czekać na ten świetny konwent cały rok.


Lokalizacja 

Kiedy w sobotę rano ruszyłam w stronę Ronda Mogilskiego, wyobrażałam sobie uczestników, wpadających na siebie na korytarzach, tłok na schodach i zdesperowanych graczy, bijących się o miejsca na sesjach. Podobnie, jak w przypadku edycji październikowej, większość atrakcji miała odbywać się się w raczej niewielkim budynku Młodzieżowego Centrum Kultury Grunwaldzka 5, a impreza została lepiej rozreklamowana i wszystko wskazywało na to, że zjawi się znacznie więcej osób. Szczęśliwie, żadna z moich apokaliptycznych wizji nie sprawdziła się. Tym razem organizatorzy dysponowali również lokalem Stowarzyszenia Siemacha, który zapewnił akurat odpowiednią ilość dodatkowych metrów kwadratowych. Dzięki temu, mimo że pojawiło się więcej uczestników niż ostatnio, wszyscy mogli znaleźć miejsce do grania. MDK dzieliło od Siemachy raptem kilka metrów, więc nawet wyjątkowo częsta konieczność krążenia między budynkami nie była niewygodna. 
Poza tym, można było udać się na piwo do konwentowej knajpy, Artefaktu, a w zmyślnie umieszczonej w środku dnia godzinnej przerwie pomiędzy sesjami, w pobliskim barze mlecznym zjeść pożywny, śmiesznie tani i w miarę smaczny obiad. 
Pewnym problemem, znanym już zresztą z października, była kwestia noclegów. Po godzinie 20 uczestnicy musieli przenieść się do klubu Jędruś, by móc grać dalej i wreszcie na chwilę przyłożyć głowy do poduszek. Ten zaś, niestety, jest położony dość daleko – na tyle, że zniechęcona dystansem i aurą, nie zdołałam tam dotrzeć. 


Organizacja 

W sobotę akredytację otworzono z drobnym opóźnieniem, jednak poza tym drobnym szczegółem nie zauważyłam żadnych niedociągnięć. Organizatorzy byli wszędzie, służąc pomocą, wyjaśnieniami, kawą, herbatą, wodą, stosami czystych kartek i profesjonalnie zaostrzonych ołówków. Informacje o zmianach, czy kartki wskazujące drogę, wypisane czerwonym markerem rzucały się w oczy tak, jak powinny. Dla mnie Lajconik to konwent na medal, chociaż przyznaję, że uczestnictwo w czterech sesjach skutecznie uniemożliwiło mi wyłapanie jakichkolwiek potknięć. 


Atrakcje 

Podobnie, jak rok temu na konwencie nie odbyła się ani jedna prelekcja, jednak tym razem „program” nie ograniczał się jedynie do sesji RPG. Oferta dostępnych atrakcji została rozszerzona o blok konkursowy i blok sesji dla młodzieży. Ten ostatni prowadzili organizatorzy obozów RPG Orion. Sama nie wiedziałam żadnej z prowadzonych przez nich sesji, słyszałam jednak, że oceniali je bardzo pozytywnie. Mam też nadzieję, że udało im się na dłużej zainteresować grami fabularnymi kilkoro młodych ludzi. Nieco starsi konwentowicze także mieli w czym wybierać. Można było zagrać nie tylko w klasyki, takie jak Warhammer, czy Świat Mroku, lecz również całkiem sporo gier indie. Dodatkowo, Mistrzowie Gry zmuszeni do improwizacji mieli nieco ułatwione zadanie, dzięki działającej w Games Roomie wypożyczalni podręczników. 


Moje sesje 

Ze względu na ostatnie problemy zdrowotne nie zdążyłam nic przygotować, ale udało mi się chwilowo zaspokoić głód grania. Wzięłam udział w czterech sesjach, z czego w trzech przypadkach systemy były dla mnie zupełną nowością. Działałam w myśl zasady: Świat Mroku nigdy nie jest zły, ale warto także spróbować czegoś nowego. 

Covenant, MG: nid 
Gra autorstwa Matta Machella wydana w 2006 roku o długo wyczekiwanej Apokalipsie, która ku zdziwieniu wszystkich zainteresowanych ostatecznie nie nastąpiła. Była to zdecydowanie najlepsza sesja, jaką zagrałam na konwencie, co więcej, gdybym nagle miała skończyć kampanię w WoD-a, którą aktualnie prowadzę, Covenant byłby bardzo mocnym kandydatem do kolejnej. Absolutnie muszę to mieć. 

Fiasco, MG: pempol 
Dostrzegam potencjał, jaki kryje w sobie Fiasco, mam jednak wrażenie, że to system, w który należy grać przede wszystkim w grupach znajomych, znających swoje poczucie humoru, aby poziom absurdu nie przekroczył granicy akceptowalności jednego z graczy. Chętnie wypróbuję kiedyś Fiasco ze swoją krakowską drużyną. 

Podziemia N'Kai, MG: nid
Bardzo losowy dungeon crawl, mieszający wszystkie możliwe konwencje, charakteryzujący się dużą ilością wszelkiego rodzaju tabelek i równie dużą śmiertelnością bohaterów graczy (sama zginęłam dwa razy). Było niesamowicie śmiesznie i chociaż nie jest to gra, przy której mogłabym zostać na dłużej, chętnie zagram jeszcze kilka sesji.


Podsumowanie 

Dzięki Krakowskiej Sieci Fantastyki miasto zyskało świetną, nastawioną na granie imprezę. Pozostaje mieć nadzieję, że KSF nie tylko nie porzuci tej inicjatywy, lecz najdalej za pół roku uraczy nas kolejną, trzecią już edycją. Ja już nie mogę się doczekać.


Garść statystyk 

Podczas zakończenia konwentu organizatorzy ujawnili, że na Lajconika przyjechało 169 uczestników, którzy zagrali w około 40 sesjach (w tym 32 zgłoszonych wcześniej). Na dokładniejsze cyfry trzeba będzie poczekać kilka dni.


Odrobina prywaty

Pozdrawiam wszystkich MG, u których miałam przyjemność zagrać (nid, pempol, Deskath, dzięki za świetną zabawę!), współgraczy, znajomych, na których udało mi się wpaść, biegając z jednej sesji na drugą (Jade, Cooperatorze, miło było Was spotkać!) i wreszcie organizatorów oraz obsługę (Ertai, Aeth, Tytusie i spółko, naprawdę możecie być z siebie dumni!). Osobne podziękowania należą się pewnej elfce za melczne cappuccino i herbatę.


PS. O tym, że wszyscy bawiliśmy się wyśmienicie, możecie przekonać się, oglądając zdjęcia z konwentu na lajconikowym facebooku.

Prawdziwie RPG-owy konwent

Teoretycznie ZjAva to kameralna impreza, która, zamiast oferować uczestnikom rozbudowany program, koncentruje się na tym, co lubimy najbardziej: graniu w RPG. Teoretycznie. Trzecia edycja Zimowej Jazdy Avangardowej pokazała, że ZjAvie coraz bliżej do pełnoprawnego, ogólnopolskiego konwentu, niż lokalnej atrakcji. Pojawiło się dokładnie 666 osób. Taka frekwencja z pewnością cieszy organizatorów, a także pokazuje, że w przyszłym roku spotkamy się pewnie w innym miejscu. Liceum im. Hugona Kołłątaja, którego gościnne mury dotychczas dawały schronienie złaknionym sesji RPG-owcom, nie będzie już w stanie pomieścić zjaviskowego potencjału. 


Atrakcje 

Do Warszawy przyjechałam, aby choć na chwilę zaspokoić swój wieczny głód grania, toteż tablica ogłoszeń sesyjnych była moim pierwszym celem. Muszę przyznać, że było w czym wybierać, przy czym, jeśli chodzi o ilość, palma pierwszeństwa należy się Dziedzictwu Imperium. Wzięłam udział w aż czterech sesjach, przy czym jedną z nich prowadziłam [1]. Grałam w nowy Świat Mroku, Lady Blackbird oraz Wolsunga. 

„A może Harry Potter”, nWoD, MG: MareK 
Scenariusz, jak wskazuje tytuł, dotyczył powieści o przygodach młodego czarodzieja, dokładniej zaś, grupy fanów serii, którzy potraktowali ją zbyt poważnie, zmieniając się tym samym w bandę psychopatów. MG stworzył fajną atmosferę tajemniczości, jednak trochę niepewnie czułam się, ze względu na zmiany mechaniczne. Mimo to, bawiłam się naprawdę dobrze. 

Lady Blackbird, MG: Squid 
Wreszcie miałam okazję, aby poznać ten fantastyczny system! Wprawdzie było nas nieco za dużo, jednak sesja pozostawiła po sobie naprawdę pozytywne wrażenie, a także, co ważniejsze, chęć prowadzenia. 

„Podsystem Klątwy i Następstw”, Wolsung, MG: Planetourist 
Zawsze cieszę się, kiedy mam okazję zagrać w Wolsunga, bo wśród moich stałych graczy brakuje fanów tego systemu. Bardzo podobał mi się pomysł Plane'a, więc tym bardziej szkoda, że zostaliśmy nieco przytłoczeni mechaniką. 

W sobotę dodatkową atrakcją byli migrujący od stołu do stołu sędziowie Latających Spodków, wszyscy zaopatrzeni w złowieszcze zeszyty, w których robili zapewne niemniej złowieszcze notatki. Z przyjemnością rzuciłabym na nie okiem, zapewne jak każdy oceniany Mistrz Gry, toteż z niecierpliwością czekam na namiastkę tej przyjemności w postaci podsumowania konkursu. 

Chociaż sesje to podstawa, w tym roku ZjAva mogła poszczycić się całkiem rozbudowanym programem, jednak, mimo że tytuły niektórych prelekcji wyglądały interesująco, chęć grania przeważyła i sama uczestniczyłam tylko w jednej z nich. Prowadząca, Jade Elenne, była świetnie przygotowana i bardzo ciekawie mówiła o XIX-wiecznej modzie damskiej. 


Aspekt towarzyski 

RPG łączy ludzi, szczególnie, kiedy występuje w tak dużej ilości. To pierwszy od dawna konwent, jaki dał mi okazję do poznania tak wielu osób, które dotychczas mniej lub bardziej mgliście kojarzyłam z Internetu. Pozdrawiam więc moich graczy i współgraczy, a także, oczywiście, Mistrzów Gry. 


Organizacja 

Nawet, gdyby pojawiły się jakieś organizacyjne niedociągnięcia, najpewniej nie zauważyłabym ich, zbyt zajęta bieganiem z sesji na sesję. Z mojej perspektywy Stowarzyszenie Avangarda po raz kolejny spisało się znakomicie. Organizatorzy byli bardzo pomocni, zarówno przed konwentem, kiedy w ostatniej chwili zgłaszałam swoją sesję, jak i na miejscu, gdy szukaliśmy odpowiednich stanowisk do gry. Chociaż nie brałam udziału w prelekcjach, byłam poinformowana o wszystkich zmianach w programie – informujące o nich kartki natychmiast rzucały się w oczy. Konwentowy barek zapewniał strawę i napitek głodnym i spragnionym bez konieczności opuszczania terenu szkoły, a automat z kawą dostarczał kofeiny w krytycznych momentach. Krótko mówiąc, nie mogę na nic narzekać. 


Podsumowanie 

Jestem rodowitą Krakuską, co oznacza, że zaprogramowano mnie genetycznie, abym nie lubiła Warszawy, jednak warszawskie konwenty sprawiają, iż czasem zdarza mi się żałować, że jednak nie mieszkam w stolicy. 



[1] „W trybikach wojny” to pierwszy scenariusz, jaki poprowadziłam na konwencie, dlatego kiedyś poświęcę mu osobną notkę. Wzięłam udział w Latających Spodkach, ale nie udało mi się przejść do finału konkursu.

Krakowskie Dni z Grami Fabularnymi Lajconik

Tym razem rok akademicki w Krakowie zainaugurował Lajconik – niewielka impreza o raczej lokalnym zasięgu, nastawiona przede wszystkim na granie. Oczywiście, nie mogło mnie tam zabraknąć, nawet, jeśli mogłam być obecna tylko w sobotę i niedzielę wieczorem.


Lokalizacja

W dzień, pomiędzy 10 a 20 [1], uczestnicy mieli do dyspozycji budynek Młodzieżowego Domu Kultury, mieszczący się w pobliżu Ronda Mogilskiego. Niewielki obiekt świetnie pasował do skali imprezy; korytarze nie ziały pustką, jednocześnie udało się uniknąć tłoku. MDK okazał się doskonałym miejscem na tego typu konwent: w jedynym większym pomieszczeniu (sali gimnastycznej), znajdował się Games Room, natomiast pozostałe, małe salki mieściły stanowiska RPG-owe, co zapewniało grającym spokój i prywatność. Dodatkowo, do dyspozycji uczestników był aneks kuchenny, gdzie można było uzupełnić poziom kofeiny i teiny we krwi. Zdobycie czegoś na ząb również nie nastręczało problemów – w okolicy znajduje się kilka sklepów spożywczych oraz stołówka. Z kolei spragnieni złotego trunku mogli udać się do knajpy konwentowej, Artefakt Cafe.


Organizacja

Wielkość imprezy sprawiła, że organizatorzy mogli być wszędzie i natychmiast niwelować ewentualne niedociągnięcia. W moim odczuciu spisali się świetnie – gdy z programu wypadła jedna sesja szybko zorganizowano dwóch zastępczych Mistrzów Gry, a zaprowadzenie zabłąkanego gracza do odpowiedniego stanowiska RPG lub kawowej świątyni nie stanowiło problemu. Bycie jednym z kilkudziesięciu uczestników bez wątpienia ma swoje zalety i było miłą odmianą po dużych konwentach.


Atrakcje

Na konwencie nie odbyła się żadna prelekcja – jedną atrakcją oferowaną przez Lajconika była możliwość grania w RPG i planszówki, więc ci, którzy nie lubią integrować się przy stole z nieznajomymi nie mieli tu czego szukać. Natomiast na jednostki nieco bardziej społeczne czekało mnóstwo ciekawych sesji. Na te zaplanowane wcześniej można było zapisać się przez Internet (a także dopiero na miejscu). Nie zabrakło też sesji zgłaszanych w trakcie imprezy przez chętnych do prowadzenia MG – na tablicach „ogłoszeń sesyjnych” pojawiło się całkiem sporo propozycji, które nie figurowały w programie. Wybór był naprawdę szeroki: od znanych, dużych systemów, jak Warhammer czy Świat Mroku, po egzotyczne gry indie [2].
Rzecz jasna, w przerwie między sesjami można było udać się do Games Roomu na partyjkę ulubionej gry.


Podsumowanie

W znacząco uszczuplonym w ostatnich latach krakowskim kalendarzu konwentowym bardzo brakowało tego rodzaju imprezy, toteż mam nadzieję, że Lajconik zostanie stałym elementem RPG-owego pejzażu miasta.  A gdybyśmy mogli spotkać się ponownie wcześniej, niż dopiero za rok...


Garść statystyk

Na konwencie rozegrano 22 sesje, które prowadziło 17 Mistrzów Gry; Lajconika odwiedziło około 70 uczestników.



[1] przyjezdni, potrzebujący noclegu i chętni na sesje do białego rana musieli przenieść się do klubu „Jędruś” - niestety, nie dotarłam na Nocne Granie, więc nie będę się wypowiadać nt. lokalizacji konwentowej nr 2.
[2] sama zagrałam w „Październik żywych trupów” i „Do: Pilgrims of the Flying Temple”.


***

Kilka słów prywaty poza relacją

Ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że sporo osób kojarzy mnie z Internetu, niektórzy nawet przyznali się, że czytają mojego bloga - bardzo to było miłe, toteż w tym miejscu dziękuję i pozdrawiam wszystkich, z którymi miałam okazję chociaż chwilę porozmawiać, a szczególnie Aeth, Ertaia, Cubuka oraz Gana.

Avangarda 2011


Kolejna edycja Avangardy - w mojej opinii od kilku lat najlepszego konwentu sezonu - już za nami. Bawiłam się dobrze, chociaż z poprzednich edycji zabrałam do domu znacznie lepsze wspomnienia. Mimo to warszawski konwent wciąż pozostaje na w czołówce mojego prywatnego rankingu.


Lokalizacja

Zdaje się, że w tej kwestii niewielu podziela moją opinię, niemniej, jestem zachwycona kampusem SGGW. W ogromnym budynku każdy mógł znaleźć miejsce na sesję RPG czy partyjkę ulubionej gry; rozległe tereny na zewnątrz zapewniły mnóstwo miejsca na potrzeby rozmaitych pokazów. Dodatkowo na każdym (chyba!) piętrze znajdował się automat do kawy, co niejednokrotnie ratowało mi życie. Wreszcie, dużo łatwiej było mi poruszać się tutaj, niż po znanym nam wszystkim Zespole Szkół im. Agnieszki Osieckiej.
Oczywiście, przeniesienie konwentu na Ursynów miało też swoje słabe strony. Osoby, które, nie zdecydowały się wykupić noclegów w akademikach były zmuszone codziennie dojeżdżać z położonej w sporym oddaleniu szkoły sypialnej. Poza tym, w samym budynku nie było żadnego barku, a konwentowicze musieli ratować się przed śmiercią głodową zamawiając pizzę lub pielgrzymując do sklepiku spożywczego czy którejś z restauracji znajdujących się poza terenem uczelni.
Nie da się ukryć, że z perspektywy oszczędnego uczestnika spoza Warszawy w zeszłym roku było lepiej - nie samym RPG żyje człowiek i czasem trzeba coś zjeść, czy na chwilę przyłożyć głowę do poduszki. Pewnie niejeden z nich z radością powitałby powrót Avangardy na aleję Stanów Zjednoczonych. Mam jednak nadzieję, że w przyszłym roku znowu spotkamy się na kampusie SGGW, a organizatorzy mile zaskoczą nas, zapewniając lepszą bazę gastronomiczną.


Program

Tegoroczny program zapewnił mi mniej dylematów, niż ten z poprzedniej edycji, ale nie mogę powiedzieć, żeby nie był interesujący. Natomiast konwencja imprezy była niezbyt widoczna - wprawdzie odbywały się prelekcje, których tematyka krążyła wokół szpiegów, ale nie było ich na tyle dużo, aby faktycznie rzucały się w oczy. Z drugiej strony, szpiedzy to temat znacznie węższy niż socjalizm, więc może jest to całkowicie uzasadnione. Zaskakująco dużo było odwołanych/ przesuniętych punktów programu, co dawało wrażenie pewnego organizacyjnego chaosu. Niemniej, większość prelegentów, których miałam okazję posłuchać prezentowała dobry poziom, poza pewnymi wyjątkami [1]. Poniżej wspomnę tylko o absolutnych hitach.

"Renesansowe kurtyzany" Anny Brzezińskiej
O tym, że Anna Brzezińska jest świetną prelegentką chyba nikogo nie muszę przekonywać. Zawsze przygotowana, o wszystkim potrafi opowiadać w arcyciekawy sposób. Nic dziwnego, że to właśnie na tej prelekcji dotarło do mnie, że na konwencie jest więcej, niż kilka osób.

"Gadżety Mistrza Gry - papierowe zabawki" oraz "Ćwiczenie czyni mistrza" Wojtka Rzadka
Nie sądziłam, że tyle fajnych rzeczy można zrobić ze zwykłą kartą postaci - nie wiem, dlaczego dotychczas nigdy nie stała się ona przedmiotem mojego zainteresowania podczas tworzenia sesyjnych rekwizytów. Muszę to zmienić [2]. I nie tylko to - obie prelekcje były bardzo inspirujące i mam nadzieję, że dzięki tej wymianie poglądów uda mi się poprawić to i owo w moich sesjach. Na kolejnych konwentach na pewno będę stałym uczestnikiem wszystkich punktów programu prowadzonych przez chłopaków z Lans Macabre.

"Erpegowa podróż przez Danię i Norwegię" Linki
Solidna, pełna konkretnych informacji prelekcja, na której można było dowiedzieć się jak wygląda granie w Skandynawii oraz obejrzeć kilka pięknie wydanych, egzotycznych gier (Itras By!).


Sesje

Zgodnie z przyjętym na ZjAvie zwyczajem uczestnicy mieli do dyspozycji tablicę ogłoszeń sesyjnych. Została ona całkowicie zdominowana przez Dziedzictwo Imperium, które zupełnie mnie nie interesuje. W efekcie - wbrew ambitnym planom - na Avangardzie zagrałam tylko jedną sesję [3]; na dodatek odbyła się ona w tym samym czasie, co sesja w Blady Blackbird. To moja prywatna, mała tragedia.


Podsumowanie

Nie wypróbowałam Kinecta, nie poznałam żadnej nowej gry planszowej, nie byłam ze znajomymi na piwie - nie można powiedzieć, żebym podczas konwentu dysponowała nadmiarem niezagospodarowanego czasu. Przeciwnie. Nie nudziłam się i z pewnością wrócę na Avangardę za rok, pomimo pewnego spadku formy.



[2] co może okazać się dość trudne, biorąc pod uwagę, że w CF funkcję karty postaci pełni jej dziennik.
[3] w tym miejscu należą się podziękowania Coyotlowi za poprowadzenie sesji Nemezis, na której mogłam być statkiem oraz Sal, Elmerowi i nimdilowi za to, że mnie z tego względu nie spacyfikowali.



PS. Muszę dodać jeszcze, że zdaniem nimdila prelekcja trzewika "12 powodów aby poznać Neuroshimę Tactics" była rzetelna i dobrze przygotowana. Nie uczestniczłam w niej, toteż nie znalazła się ona w moim zestawieniu.

Krakon 2011


Chyba pierwszy raz w swojej - dość już długiej [1] - karierze konwentowicza złamałam regulamin imprezy. Nie chodzi o wznoszenie na teren konwentu alkoholu, czy środków odurzających, ale o ostatni punkt regulaminu, zgodnie z którym wszystkich uczestników obowiązywała dobra zabawa.

Niestety, nie bawiłam się dobrze.

Być może to kwestia oczekiwań - po dość długie przerwie w moim prywatnym kalendarzu obowiązkowych imprez w Krakowie pojawił się konwent, na dodatek będący spadkobiercą uznanej marki. Po Krakonie spodziewałam się wszystkiego, co najlepsze, a co dostałam? Poniżej krótkie podsumowanie.


Negatywy:
- Lokalizacja. Konwentowa szkoła mieściła się daleko od wszystkiego, co dobre - centrum, fajnych lokali gastronomicznych i mojego mieszkania.
- Cena. Wiadomo.
- Program. W części przeznaczonej dla RPG-owców i fantastów trudno było znaleźć coś interesującego, z kolei w części mangowej dominowały konkursy wiedzy o ... [2].
- Dezinformujący informator. Plan szkoły był kompletnie niejasny. Punkty programu poukładano według sali, zamiast według daty/ godziny, przez co trudno było się zorientować co jest kiedy.
- Brak sesji poza GRAMY! Niestety, nie było mi dane wystartować w GRAMY! Miałam jednak nadzieję, że dobry przykład ZjAvy sprawi, że organizatorzy udostępnią jakąś tablicę, na której będą mogli ogłaszać się MG chętni do poprowadzenia sesji poza konkursem.
- Brak miejsca na sesję. Odnoszę wrażenie, że nawet gdyby udało mi się znaleźć jakiegoś MG, który zechciałby przygarnąć mnie do drużyny i tak nie mielibyśmy gdzie zagrać.
- Niezorientowana obsługa Games Roomu. Rzadko gram w planszówki, a tym samym brak mi orientacji w tym, co jest fajne, a co nie, dlatego tym bardziej cenię obłsugę Games Roomu, która może polecić mi coś interesującego, spełniającego podane przeze mnie kryteria.


Pozytywy:
- Dużo sklepów. Wprawdzie oferta większości z nich była skierowana przede wszystkim do mangowców, ale i tak udało się nam kupić kilka interesujących rzeczy.
- Ciepło. W budynku było naprawdę ciepło - nawet jak na moje wyśrubowane standardy. Rzecz nie do przecenienia, biorąc pod uwagę pogodę w ten pamiętny weekend.
- Coś dla oka. Jestem pewna, że obecność nastoletnich fanek mangi w kusych, fikuśnych strojach bardzo cieszyła panów.


Mimo że minusy zdecydowanie przeważają nad plusami weekendu nie uważam za całkowicie stracony, za co podziękowania należą się:
- Neishinowi, jego szanownej małżonce oraz Tarkisowi i jego równie szanownej narzeczonej, z którymi mieliśmy przyjemność zagrać świetną sesję.
- Wojtkowi Rzadkowi, Puszkinowi oraz wszystkim zgredom, z którymi mogłam porozmawiać po prelekcji o realizmie w RPG - ta nieplanowana dyskusja była najlepszym punktem programu.
- Chłopakom z portalu Pod grzechoczącymi kośćmi, za fajnie przeprowadzoną prelekcję o 7 grzechach głównych MG, podczas której również można było pogadać.
- Repkowi, za instrukcję dot. dojścia na przystanek tramwajowy oraz krótkie wspólne narzekanie.
- Sympatycznemu nieznajomemu, który chciał zagrać u mnie sesję w CF, za podniesienie mojej samooceny. ;)
- Nimdilowi, za to, że był. I bluzę.



[1] nie dajcie się zwieść moim wyglądem dziewczynki z podstawówki, bo dowód osobisty odebrałam już jakiś czas temu.
[2] w miejsce kropek należy wpisać tytuł mangi/ anime.