Mali łowcy gier i trzeci rok machinacji

Kilka dni temu niepostrzeżenie minął już trzeci rok machinacji. Wprawdzie ostatnio na blogu rzadko pojawiają się nowe wpisy, jednak nie znaczy to, że porzucam pilotowanie Machiny parowej - po prostu aby zwiększyć aktywność muszę poczekać na lepsze czasy. Wcale nie zapomniałam o tych, którzy jeszcze tu zaglądają - przeciwnie! Ci, którzy czytają Machinę dłużej wiedzą, że mam w zwyczaju robić z okazji urodzin bloga prosty konkurs, w którym można wygrać RPG. Nie tym razem.

Dla odmiany chciałabym, aby każdy, kto tutaj zagląda - a nie tylko jedna wybrana osoba - dostał prezent z okazji urodzin bloga. Jednocześnie przypuszczam, że wszyscy lubimy darmowe RPG-i z dalekich stron. Z tego względu przygotowałam polską wersję gry, która zdobyła palmę pierwszeństwa we francuskiej edycji konkursu Game Chef 2013: Kimochi no koryôshi - Les Petits Chasseurs d'Émotions autorstwa Pierre’a-Gavarda Colenny’ego. Mam nadzieję, że się Wam spodoba i ktoś z Was może nawet kiedyś znajdzie czas, aby w nią zagrać. “Małych łowców emocji” możecie pobrać STĄD. Natomiast, TUTAJ znajdziecie karty bez tła, a TU czarno-białą wersję karty postaci.


***
Powstanie polskiej wersji gry nie byłoby możliwe, gdyby nie pomoc i chęć współpracy ze strony kilku osób. Przede wszystkim, niezmiernie się cieszę, że Pierre-Gavard Colenny wyraził zgodę na przetłumaczenie swojej gry i udostępnienie jej polskim odbiorcom za to w tym miejscu serdecznie mu dziękuję.
“Wydanie” gry to jednak nie tylko przygotowanie tłumaczenia. Redakcją tekstu zajęła się Nikola “Szponer” Adamus, która nie znienawidziła mnie, mimo że walczyłam o każde słowo. Z kolei za przygotowanie pięknego pdf-a podziękowania należą się Tajemniczemu Składaczowi, który chociaż jest bardzo zajętym człowiekiem zdecydował się mi pomóc i robił to z uśmiechem na ustach.

photo credit: Pierre-Gavard Colenny

KB #53 Jak oswajam groźne słowa

[Poniższy wpis bierze udział w 53. edycji Karnawału Blogowego RPG, której opiekunką jest Szpon.]

Feminizm. Seksizm. Dyskryminacja. Od czasu pamiętnych, wyjątkowo gorących dyskusji, dotyczących miejsca kobiet w RPG-owym fandomie to słowa brzmiące co najmniej równie przerażająco, jak “teraz wszyscy giniecie” albo “w nocy ktoś ukradł cały wasz ekwipunek”. Te ostatnie, kiedy padają na sesji sprawiają, że nagle atmosfera robi się gęsta i napięta, z oczu siedzących przy stole graczy zaczynają sypać się błyskawice, zaś z ust pełne niechęci komentarze.

Zależy mi na tym, aby na moich sesjach wszyscy dobrze się bawili i z tygodnia na tydzień wciąż chcieli więcej i więcej RPG-owania w moim towarzystwie, dlatego zagrania takie, jak Total Party Kill i magicznie znikający ekwipunek wyrzuciłam ze swojego repertuaru “sztuczek Mistrza Gry” wiele lat temu. Z podobnych względów wymazałam ze swojego słownika wymienione na początku tekstu wyrazy-klątwy. Kiedy je wypowiadam bezwiednie, bez względu na ton mojego głosu, gestykulację i wyraz twarzy, rzucam na siebie dziwną iluzję.

Tak samo dzieje się w przypadku “Kamienie spadają, wszyscy umierają”. To krótkie zdanie ma w sobie podobną, magiczną moc. Sprawia, że kumpel po drugiej stronie stołu w oczach graczy zmienia się w potwora, który bezzasadnie zdecydował się odebrać im ich wypieszczone postaci i zagarnąć dla siebie cały sesyjny fun. To słaba zagrywka, więc reakcja graczy zupełnie mnie nie dziwi - mają pełne prawo być wkurzeni i sfrustrowani. A nawet obrzucić MG resztką czipsów.

Nie sądzę jednak, abym mówiąc, dajmy na to, “czuję się dyskryminowana” lub, dla przykładu, “jestem feministką” robiła coś równie złośliwego. Niemniej, co ciekawe, nagle w oczach rozmówcy zaczynam jawić się, jako wielka, gruba i brzydka baba. Do tego pewnie wiecznie samotna, zła na cały świat i otoczona stadem kotów. Prawdę mówiąc, gdybym rzeczywiście tak wyglądała przypuszczam, że bałabym się spoglądać co rano w lustro, a mój pies nigdy nie przychodziłby do mnie na zawołanie.

Z pewnością nie miałabym też specjalnej ochoty z kimś takim rozmawiać. Nie mówię więc “feminizm”, nie krzyczę o dyskryminacji, rzadko zdarza się, że choćby odważę się wyszeptać “seksizm”. Zamiast strzępić język po prostu robię swoje.

Zresztą, jak ktoś słusznie zauważył, RPG-i są dla ludzi, a zatem dla wszystkich. Bo chyba wszyscy zgodzą się ze mną, że kobiety są ludźmi. Nie ma więc najmniejszego sensu robienie z ich obecności w fandomie wielkiej afery i tworzenie wyimaginowanych problemów. Zamiast dyskutować i przy okazji obrzucać się barwnymi określeniami (waginofanatyczka!) lepiej wprowadzać te mądre słowa w czyn: prowadzić sesje, jeździć na konwenty, pisać niezbyt poczytnego bloga, sędziować w jednych konkursach, a startować w drugich. To jest prawdziwe RPG-owanie i prawdziwy fun. Na tym właśnie staram się skoncentrować. Niejako przy okazji pokazuję przewijającym się w okolicy mężczyznom, którzy jeszcze w to wątpią, że kobieta to pełnowartościowy członek RPG-owej społeczności. Bez zbędnych, groźnych słów.

W tym momencie powinnam napisać coś w stylu “i to samo Wam, drogie czytelniczki oraz drodzy czytelnicy, polecam”, a następnie kliknąć “publikuj” i wyłączyć laptopa. Niespodzianka, nic z tego! Oczywiście, wszystkim serdecznie polecam czerpanie radości RPG, zamiast wdawania się w bezsensowne dyskusje, pozwolę sobie jednak dodać do tego krótką, zabawną historyjkę, ilustrującą ten nieistniejący problem, o którym tyle już zdążyłam powiedzieć.

Świetnie bawiłam się podczas tegorocznego Pucharu Mistrza Mistrzów. Polcon 2013 był szalenie intensywny, pełen pozytywnych wrażeń i ogromnych emocji. Mogłam nie tylko poprowadzić fajne sesje dla świetnych graczy, lecz również uzyskać cenne, krytyczne uwagi od szanowanych członków fandomu. Bo przecież żaden PMM-owy sędzia nie wziął się z powietrza, ani nie wypadł sroce spod ogona - to reprezentanci stowarzyszeń, zajmujących się promowaniem fantastyki i gier fabularnych, którzy znają się na rzeczy. Świetna sprawa.

Od jednego z sędziów usłyszałam wtedy nieco dziwny, a jednak bardzo wartościowy komplement, który na długo zapamiętam: “Do tej pory nie wierzyłem, że kobieta jest w stanie poprowadzić dobrą sesję. Ty udowodniłaś mi, że jest inaczej.”

Tylko dlaczego w ogóle musiałam to udowadniać?

GRAMY! Express: przeklęty finał

W ostatni weekend odbyła się już piąta edycja rozrastającego się niestrudzenie, warszawskiego konwentu dla graczy RPG i miłośników gier planszowych. Nie widziałam zbyt wiele tegorocznej odsłony imprezy, bo kiedy mogłam pozowlić sobie na przebywanie na konwencie zajmował mnie przede wszystkim konkurs na najlepszego gracza GRAMY! Express. Ze zjAvy zapamiętam więc przede wszystkim imponujący Games Room oraz ciągłe kupowanie ochraniaczy na buty. GRAMY! z kolei - po 10. edycji, jaka miała miejsce w 2012 roku i którą bardzo ciepło wspominam - tym razem okazało się być dla mnie raczej trudnym doświadczeniem, zarówno z punktu widzenia sędziowania, jak i prowadzenia.

Nie brałam bezpośredniego udziału w organizowaniu konkursu, a jedynie obserwowałam z boku, jak męczy się z tym nimdil: moim zdaniem było poprowadzenie finałowej sesji i wyłonienie najlepszego gracza spośród tych, którzy przebrnęli eliminacje. Niestety, mam wrażenie, że zupełnie temu zadaniu nie sprostałam.

Przede wszystkim, nie jestem zadowolona z finałowej sesji. Można powiedzieć, że tradycji stało się zadość, bo wieść gminna niesie, iż to właśnie finał konkursu daje graczom najmniej frajdy. Wielka szkoda, że udało mi się tę niechlubną tradycję podtrzymać, tym bardziej, że więcej jest w tym mojej winy, niż niesprzyjających okoliczności.

Pierwszym błędem była decyzja o poprowadzeniu nieznanej mi dotąd gry - UnderWorld strasznie mi się spodobał i chciałam jak najszybciej go wypróbować, tymczasem powinnam była się wstrzymać i poprowadzić coś, co już mam ograne. Mimo że klimat przedstawionego w systemie świata jest bardzo mój przed sesją nie zdążyłam wyobrazić go sobie dostatecznie wyraziście, żeby np. z całkowitą swobodą improwizować. Przypuszczam, że również przez to sesja rodziła się w wielkich bólach, co sprawiło, iż ostatecznie nie była tak dobrze przygotowana, jakbym sobie tego życzyła. To, w połączeniu z faktem, że ostatnio wyjątkowo brakuje mi czasu na RPG-owanie oraz niewyspaniem, sprawiło, że sesja nie była tak dobra, jakbym sobie tego życzyła. W tym miejscu pozostaje mi obiecać, że się poprawię, a także podziękować Wektowi za jego obszerny i bardzo pomocny komentarz.

Druga sprawa, z którą wyjątkowo źle się czuję to kwestia oceniania uczestników i konieczność wskazania najlepszego z nich. Kiedy w 2012 roku prowadziłam podczas Avangardy półfinał GRAMY! i spośród graczy wybierałam tego, który ma przejść dalej miałam poczucie, że podjęłam dobrą decyzję. Z jednej strony, nie czułam tak bardzo ciążącej na mnie odpowiedzialności, bo przecież chodziło tylko przejście do kolejnego etapu konkursu, a nie stos nagród i tytuł najlepszego gracza. Z drugiej zaś, miałam sporo czasu, aby decyzję przemyśleć i przegadać. O tym, co działo się na sesji i popisach graczy rozmawiałam wtedy z nimdilem całą drogę z kampusu SGGW do domu. Nie chodzi o to, że pozwoliłam komuś decydować za mnie - po prostu rozmowa pomogła mi uporządkować myśli i ochłonąć po sesyjnych emocjach. Na zjAvie nie miałam takiej możliwości - musiałam zdecydować natychmiast po zakończeniu gry, a na dodatek waga decyzji była znacznie większa, niż ostatnim razem. Mimo to - ze względu na brak oficjalnego zakończenia konwentu, na którym mogłoby się odbyć wręczenie nagród - nie udało mi się wynegocjować czasu na zastanowienie. Było to dla mnie tym bardziej trudne, że poziom graczy był bardzo wyrównany. Zdaję sobie sprawę z tego, że to frazes, którym posługujemy się przy ogłaszaniu wyników 99% konkursów w tym kraju, więc chcę tym bardziej podkreślić, iż wszyscy gracze spisywali się podczas sesji świetnie. Przez to mam wrażenie, że godząc się podjąć decyzję w biegu w pewien sposób zawiodłam finalistów. Wiem, że dotychczas wskazanie zwycięzcy było subiektywną decyzją Mistrza Gry, jednak - gdyby kiedykolwiek przyszło mi jeszcze sędziować w GRAMY! - z radością powitałabym zmiany w tej kwestii. Zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie ciężko będzie znaleźć sędziów-obserwatorów sesji (jak w PMM-ie), ale są przecież inne metody, jak choćby ankiety wypełniane przez graczy po sesji, możliwość porozmawiania z MG, którzy prowadzili sesje eliminacyjne i półfinałowe. Dzięki nim wskazanie najlepszego byłoby łatwiejsze, a rola Mistrza Gry odpowiadającego za finał obarczona nieco mniejszą odpowiedzialnością. Na moje oko, same plusy.

Z mojej perspektywy pierwszą edycję GRAMY! Express, niestety!, trudno uznać za udaną, mam jednak nadzieję, że za taką uważa ją chociaż część z graczy, którzy zdecydowali się wystartować w konkursie. A także, że standardowa, letnie edycja, które odbędzie się na tegorocznej Avangardzie przyniesie nam wszystkim znacznie więcej frajdy.


Na koniec, chciałabym raz jeszcze pogratulować Urkowi oraz pozdrowić wszystkich moich graczy: Wekta, Radka i Ifryta, bez którego wszystko by się posypało.